"starówka " - relacja sanitariuszki barbary gancarczyk

Download

Post on 11-Jan-2017

212 views

Category:

Documents

0 download

Embed Size (px)

TRANSCRIPT

  • 1

    Barbara Gancarczyk /z d. Piotrowska/ Warszawa, ul. otewska 10 m 4

    tel. (0-22)617-33-17

    Fragmenty z pamitnika sanitariuszki Pajk

    z drugiego plutonu kompanii szturmowej batalionu

    Wigry

    obejmujce okres Powstania Warszawskiego na Starym Miecie

    od 1.VIII.1944 r. do 2.IX.1944 r.

    Warszawa, 20. XII.1969 r.

    Opracowano n podstawie notatek robionych

    w listopadzie i grudniu 1944 r.

  • 2

    1.VIII.1944r. O koncentracji oddziaw powstaczych dowiaduj si

    o godz. 11-j w poudnie od Zbyszka Smidowicza, ktry wanie udaje si na swj punkt do rdmiecia. egnamy si z mieszanym uczuciem: niepokoju i wiary, e si jednak jeszcze zobaczymy /w tydzie potem 8-go sierpnia Zbyszek ginie w ataku na Past/.

    O godzinie 14-ej stawiam si, jak codziennie na punkcie kol-portau u p. Hanki po tajn pras i korespondencj. Stamtd mam ju blisko do Danki Schiele na Noakowskiego. Danka jest czonkiem tej samej organizacji harcerskiej, co ja. W czasie oku-pacji przechodziymy obie szk olenie sanitarne i bojowe w ramach batalionu Wigry.

    Danka jest poinformowana o naszym punkcie koncentracji. Podaje adres: Stare Miasto, ul. Kiliskiego 1, mieszkanie prof. Hempla, godz. 17.

    Od Danki wychodz o godz. 15-ej. Niewiele mam czasu. Mu-sz dotrze do mojej przyjaciki Wandy Manczarskiej na Leszno, gdzie pozostawiam ekwipunek: plec ak oraz apteczk.

    Komunikacja tego dnia jest parszywa. Tramwaje chodz niere-gularnie, s przepenione.

    Wand zastaj w jej mieszkaniu. Ona rwnie wychodzi na swj punkt, ale do rdmiecia. Ojciec Wandy prof. Manczarski pilnuje, abymy zjady cokolw iek przed wyjciem, ale nie mamy na to czasu. egnamy si w popie chu. Jeszcze na schodach dochodzi nas jego gos, gdy przestrzega: tylko nie suchajcie gupich rozkazw.

    Na ul. elaznej rozchodz si nasze drogi. Jeszcze jedno poe-gnanie, al, niepokj, maskowany umiechem -Wadziu, -Basiu, a wic do zobaczenia.

    Ja goni pieszo w kierunku Sta rwki, Wanda apie jaki tramwaj do rdmiecia.

    Na Kiliskiego docieram na kwadrans przed 17-. W mieszkaniu zastaj spor grup chopcw i dziewczt. S y-cha dalekie strzay.

    Strzelanina trwa do witu.

    2.VIII.1944r. Nad ranem oznajmiaj nam, e akcja powstania nie powio-

    da si. Chopcy bd przedziera si w zwartej grupie do

  • 3

    puszczy Kampinoskiej przez Wol, a dziewczta, udajc za-gubionych cywili maj rozej si do rodzin.

    Opuszczamy nasz kwater na Kiliskiego maymi grupka-mi, zostawiajc na miejscu powstaczy ekwipunek. O godzinie 6-ej rano wychodz razem z Jank i Isi. Kierujemy si w stron pl. Napoleona, gdzie mieszka moja ciotka. Nasze domy rodzinne pozostay po drugiej stronie Wisy na Saskiej Kpie i Grochowie. Idziemy Podwalem, potem wzgldnie cich, wziutk uliczk Kozi. Po drodze prawie nie spotykamy ludzi. Na rogu Koziej i Trbackiej natykamy si na duy czog niemiecki. Jan-ka tumaczy po niemiecku, e powstanie zastao nas przypad-kiem na ulicy, a chciaymy dosta si do naszej rodziny na pl. Napoleona. Niemcy na widok trzech modych dziewczt, rzu-caj niewybrednymi dowcipami. Nie puszczaj nas przez Kra-kowskie Przedmiecie, twierdzc, e tam jest obstrza i kie-ruj w stron pl. Saskiego. Plac Saski roi si od wojska i andarmw. Peno tu czogw, samochodw, dzia. Najblisza droga na pl. Napoleona prowadzi przez ulic Mazowieck, a wic przez to skupisko wojska. Pocztkowo walimy prosto na nich, ale przychodzi chwila zastanowienia: czy aby roz-sdnie tak le prosto w paszcz lwa?. Brakuje nam odwagi, zawracamy, wic spokojnie i skrcamy w stron pl. Teatralne-go. Pod arkadami budynku trupy kilku mczyzn w cywilnych ubraniach.

    Na Senatorskiej w okolicy kocioa w. Antoniego znw czog niemiecki. Ta sama gadka z Niemcami, co poprzednio; udajemy zaskoczone przez wypadki osoby cywilne. Tym atwiej to nam przychodzi, i rzeczywicie obok nas zjawiaj si jakie kobiety z dziemi, starsi mczyni. Kieruj nas na pl. Bankowy nie dajc zreszt adnej eskorty. Prbujemy przej ul. abi do Krlewskiej. Syszymy wist kul karabinowych. Musieli Niemcy nas zauway z Ogrodu Saskiego. Chronimy si do najbliszej bramy. Potem przez podwrka domw i oficyn dostajemy si na plac elaznej Bramy, a stamtd przez hale targowe i Ciep docie-ramy na ul. Tward. Niestety przejcie przez ul. Marsza-kowsk jest absolutnie niemoliwe. Bardzo silny obstrza, czogi nie dopuszczaj nikogo do tej arterii. Zawracamy. Zo-stajemy skierowane na punkt opatrunkowy, mieszczcy si przy ul. Mariaskiej 11 w prywatnym mieszkaniu p. Wandy.

  • 4

    3. VIII. Rano wysyaj nas we dwie z Isi, jako patrol sanitarny

    w okolice pl. Grzybowskiego. Spodziewaj si rannych z obl-enia Pasty na Zielnej. Trzeba uwaa, gdy Twarda ostrzeli-wana jest przez gobiarzy. Docieramy na przeciwko kocioa Wszystkich witych. Dalej nie puszczaj. Nie mamy przydziau do adnego oddziau powstaczego, nie moemy si niczym wylegi-tymowa, nie posiadamy nawet opasek powstaczych. Tkwimy gdzie w bramie do poudnia. Trwa str aszna ulewa. Wracamy na punkt prze-moknite do nitki. Tutaj dostajemy konkretn robot. Trzeba przetransportowa kilku chorych do szpitala. Zgasza si rw-nie do nas jaki oficer AL, proszc o opiek nad on, bdc w ciy, ktra dostaa krwotoku. Sprawa umieszczenia jej w jakimkolwiek szpitalu jest niezmiernie kopotliwa. Wszdzie tumacz si brakiem specjalistw i odsyaj od Annasza do Kaj-fasza.

    Jestemy z Jank u kresu si fizycznych i psychicznych. Zrobiymy z chor na noszach szmat drogi, wreszcie waciwie poinformowane trafiamy do prywatnego, urzdzonego z szykanami gabinetu lekarza ginekologa na ul. lis kiej 53.

    Z ulg zostawiamy mu pacjentk, dajc zna o tym jej m-owi. Po poudniu wysyaj nas z duymi worami, koszami po yw-no, pociel i materiay opatrunk owe dla noworganizowanego szpi-tala ZUS na ul. Mariaskiej. Chodzimy od podwrka do podwr-ka, wzywajc ludno cywiln do skadania darw. Obracamy kilkakrotnie, ludzie s nadzwyczaj ofiarni, nie auj ni-czego.

    Przed wieczorem przeywamy pierwszy nalot. Bomby padaj w okolicy Siennej, Zotej, a wic stosunkowo niedaleko nas. Spustoszenie ogromne.

    4.VIII. Zgaszamy si do pracy w szpitalu. Isia i ja dostajemy

    pod opiek kada jeden pokj z czterema rannymi. Janka pra-cuje jako rejestratorka chorych i rannych, ktrych cigle przybywa. Kierownictwo szpitala wymaga zachowania nie-nagannego porzdku i czystoci. Codziennie myjemy chorych, karmimy, podajemy lekarstwa, asystujemy przy opatrunkach, zmywamy podog w naszych salach. Jestemy obie pielgniar-kami-amatorkami przyuczonymi, co prawda do tej misji na kon-

  • 5

    spiracyjnych kursach, tym niemniej nasza praca w szpitalu, nasz stosunek do chorego nie ma nic wsplnego z zawodow ru-tyn. Zbyt gboko przeywamy czyj bl, przejmujemy si ka-dym najdrobniejszym daniem, o ile to moe w jaki sposb uly cierpieniu.

    Jeden z moich podopiecznych to mody mczyzna wieo po amputacji rki, ma wysok gorczk. Drugi z przestrzelon, opuchnit szczk. Trzeba go karmi rurk. Trzeci ciko poparzony od bomby fosforowej. Bardzo cierpi. Po dniu na-szej suby w szpitalu, ktry trwa nieprzerwanie od godz. 7-ej rano do 8-ej wieczorem, jestemy zupenie wykoczone.

    5.VIII. Normalna suba w szpitalu. Spotykam rannego Witolda

    Marczewskiego, koleg sprzed wojny. Opiekuje si nim Isia. Witold nie ma dla niej sw uznania. W cigu dnia nkaj nas samoloty. Uwzili si na nasz dzielnic. Bomby padaj sto-sunkowo blisko. Lec szyby z okien. Odsuwamy lka w gb pokoi. W przeciwiestwie do wikszoci personelu nie scho-dzimy z Isi do schronu. Trwamy przy naszych rannych, kt-rych nie mona nawet sprowadzi na d. Cho budynek trzsie si od wybuchw, pocieszamy ich, e to daleki bombardowanie i nic im nie grozi.

    6.VIII Praca w szpitalu. Przed poudn iem spotykam Wand Krysiewicz.

    Przysza odwiedzi rannego kol eg. Ma przydzia, jako sanitariu-szka do jednego z oddziaw powstaczych w rdmieciu. Nam trzem bardziej odpowiada sub a w oddziale ni w szpitalu; do niej przygotowywano nas w czasie konspiracyjnego szkolenia. Po-za tym mamy troch alu do dow dztwa, e nas wykiwano roz-puszczajc do domw. Przecie walka trwa dalej, nie ma mowy o jakiej klsce, a tym bardziej o upadku powstania. Na ulicy wi-dzi si oddziay bojowe, ktry m towarzysz dziewczta - sanita-riuszki i czniczki. Zazdrocimy im zaszczytnej suby.

    Wanda proponuje nam przydzia do swojego oddziau. Przysta-jemy na to z ochot. Umawiamy si z ni nazajutrz na 12-t w poudnie. Do tego czasu zobowi zujemy si przedosta na Stare Miasto po nasz ekwipunek sanitarny - apteczki i plecaki i powrci do rdmiecia.

  • 6

    Po poudniu wychodz na ul. Zot do rodziny jednego z moich rannych po ywno dla niego. Widz straszliwe skutki bombardowania.

    Wieczorem oznajmiamy wadzom szpitalnym, e obejmujemy sub przy oddziale powstaczym. Poegnanie z naszymi pod-opiecznymi w szpitalu jest rzewne. Przez te kilka dni zdoa-limy si do siebie przyzwyczai. Obiecujemy przychodzi w odwiedziny. Na nocleg udajemy si do naszej kwatery-miesz-kania p. Wandy na ul. Mariaskiej. Niestety zastajemy tam poar. Dom pali si od dachu. Nosimy kuby wody na 4-te pitro. Poza nami trzema udzia w likw idowaniu ognia bior najwyej 2-3 osoby. Po godzinie jestemy ko mpletnie wykoczone. Siadamy w bramie na ziemi i usiujemy zasn. Jest zimno, twardo i bardzo niewygodnie, postanawiamy wic zanocowa u moich zna-jomych p. Madejczykw, mieszkajcych niedaleko na Twardej 18. Jest godz. 12-ta w nocy. Po uprzednim upewnieniu si do kogo idziemy, kto z mieszkacw domu penicy akurat dyur na podwrzu, otwiera nam bram. Nasi znajomi, jak zreszt wszyscy mieszkacy kamienicy, przenieli si do piwnicy. Po-stanawiamy rozgoci si w ich mieszkaniu na czwartym pi-trze. Zastajemy je otwarte, czciowo zdemolowane. Przez dziu r w suficie wida gwiazdy. Ukadamy si we trzy na jakim starym tapczanie. Nieludzkie zmczenie przezwycia wreszcie wszelkie niewygody, zimno i sprowadza tak upragniony sen.

    7.VIII. Budzimy si o 6-ej rano. Dojadamy resztki chleba pozosta-

    wione w kredens