100 95 75 25 - wilczyński nowele

of 238/238

Post on 16-Nov-2021

0 views

Category:

Documents

0 download

Embed Size (px)

TRANSCRIPT

Przedmowa
Pragn nada bieg marzeniom, wierzc w ich wielk moc zdoln odmieni cierpic i skorumpowan cywilizacj. To sprzeciw wobec status quo przez prezentacj wizji przywrócenia etosu sprawiedliwoci, zapewnienia sabszym równych szans i lepszych warunków ycia. Pragn przywróci wiar w mo- liwo unicestwienia wszelkiego za i urzeczywistnienia wia- ta naszych marze. Chc, by idee, które przedstawiam i wy- znaj, stay si bliskie czytelnikowi.
D do stworzenia szczególnej relacji z osobami, które wierzc w moc marze, nie myl stereotypowo, miao kie- ruj si wasn intuicj, odrzucajc faszywe wzory, innowa- cyjnymi, pragncymi lepszego wiata. Budujc w wyobrani i realnym wiecie obrazy szlachetnej globalnej wioski, robi to dla siebie samych, a take nastpnych pokole. Wiara w lepsze jutro i jej upowszechnianie jest inspiracj ksiki.
Fabu kilku sporód szesnastu nowel ksztatuj mistycyzm, ezoteryka i metafizyka. To tytuowe opowiadanie – Niedawno w Royan – a take: Candice i Pascal, Wigilia, Brylant, Cie oraz Paryska historia. Losy bohaterów kreuje nieznane prze- znaczenie. Miejsca akcji pooone s w Europie i Ameryce Pó- nocnej. W jednym z wiodcych wtków, niemal przesaniem, jest konstatacja, by nie odrzuca mioci, któr obdarza nas los. Odwaga, wierno zasadom i otwarto s cechami pozytyw- nych bohaterów. Nie wszystkich z nich uchroni jednak przed zemst mafijnych bossów. Jedno z opowiada – Nie oczekuj- cie, e wam wybacz – jest odrbn, ale szczególn pozycj,
przedstawia bowiem dalsze losy bohaterów wydanego wcze- niej kryminau autora: Nie procie o wybaczenie.
Uzupenieniem zbioru szesnastu nowel jest pi pozycji prozy, take poetyckiej. Jedna z nich, nasycona wraliwoci i mioci do przyrody, o tytule Czas poczcia, mówi o prze- trwaniu i przeznaczona jest dla bardzo modych czytelników.
NIEDAWNO W ROYAN – zbiór opowiada wraz z proz po- etyck jest trzeci ksik autora.
Wczeniej ukazay si nastpujce pozycje:
NIE PROCIE O WYBACZENIE – opowiadanie kryminalne wydane w 2012 roku. Jest dostpne w wersji e-booka na por- talu ksigarni internetowej www.legimi.pl
Wydanie drugie tej ksiki, w wersji papierowej, ukazao si w 2013 roku nakadem P. Ryma.
Hiszpaska wersja tej ksiki nosi tytu: NO ESPERÉIS QUE OS PERDONEN NOVELA POLICIACA – pseudonim auto- ra – Steve L. Grotte.
PO WSKICH CIEKACH – druga ksika autora, który posuy si pseudonimem Wojciech Poraj, ukazaa si w 2015 roku. W tym samym roku ukazao si jej drugie wydanie – wersja rozszerzona. Jest to zbiór opowiada opartych na fak- tach – przede wszystkim wasnych dowiadczeniach autora.
[email protected] [email protected]
Wojciech Wilczyski
NIEDAWNO W
Wydanie I Warszawa 2017
Skad, druk i oprawa: Dzia Wydawnictw IERiG-PIB 00-002 Warszawa ul. witokrzyska 20
ISBN 978-83-947605-0-2
SPIS TRECI
Opowiadania
Niedawno w Royan 11 Podsuchane pón noc 21 Candice i Pascal 29 Noc sylwestrowa 39 List 47 Gawda 55 Paryska historia 63 Wiecie dobrze, co to za miejsce, ale... poczytajcie 77 Wigilia 85 Brylant 103 Cie 123 Wartoci 133 Trzynastka 143 Nie oczekujcie, e wam wybacz 155 Winda 183 Tylko muzyka 205
Proza i proza poetycka
Myli rozbiegane 221 Bez tytuu 227 Czego oczekiwa? 229 Gonitwa 231 Czas poczcia 232
OPOWIADANIA
Royan
Richard siedzia tu ju blisko godzin. Od kiedy Sophie wyjechaa, nie wiedzia, co ze sob pocz. Przynajmniej wte- dy, kiedy jej pomaga, by przydatny. Nie chcia kolejny rok z rzdu, tkwic w domu, wspomina rocznic tragicznej mier- ci Françoise. Wypadek zabra mu j tak nagle, wci tego nie przebola. Przyjecha na weekend z Bordeaux, nie by tu po raz pierwszy. Przyjedali tu czasem z Françoise i zagldali do tego baru. Niczego w nim nie zmieniano od lat, w kocu sta si po prostu obskurny. Mogliby wymieni lakierowane ciemnobr- zowe meble pamitajce czasy de Gaulle’a albo przynajmniej odwiey ciany. Pi wino maymi ykami, wpatrujc si w ob- raz wiszcy na przeciwlegej cianie. Robi to zawsze, ilekro tu przychodzi. Próbowa dociec, co malarz chcia przekaza i – co dziwne – wci zmienia wasne interpretacje.
No bo co miaa oznacza granatowa ód rybacka, wywróco- na do góry dnem, z wielk owaln dziur? Z napisu na dziobie pozostaa jedynie pierwsza litera „M...” Pozostae zmya woda i star piasek. Nie by pewien, czy wyrzucio j morze, czy te star, zuyt ajb porzuci jej waciciel, uznajc, e naprawa nie ma ju sensu.
Jeli pierwsza wersja jest prawdziwa, jej zaoga moga uto- n, gdy sztorm szala na oceanie. W tej maej miecinie na Bi- skajach znikd nie mona byo oczekiwa pomocy. Teraz ód
13
od lat ley na play, bo nie ma waciciela. Moe dlatego nikt jej nie uprztn, a desek nie uy na opa. Ale czy smoowane drewno nadaje si do pieca? – Nie mia pojcia.
W barze byo kilka osób. Jeden kt zajmowaa starsza para. Pili zwyke, domowe wino, delektujc si nim niczym starym Château Prignac. Dwoje modych, skromnie odzianych zaj- mowao stolik na kocu sali. Wpatrzeni w siebie jedli jak ryb. Mówili niewiele. Wygldali na zakochanych, którzy pra- gn we dwoje odmieni los, z którym mierz si na co dzie. Co dwie istoty to nie jedna, pomyla Richard, nawizujc do wasnej samotnoci. We dwoje bdzie im atwiej, a jeli przy tym si kochaj? Przy barze na wysokim stoku siedzia mo- dy blondyn. Do kawy wrzuci ju czwart kostk cukru i mie- sza, miesza…
Barman wystukiwa palcami rytm melodii, która pyna ze starego radia stojcego na drewnianej póce. Falujce tony akordeonu nie byy w stanie odmieni sennej atmosfery baru, wrcz j potgoway. Znów wzrok Richarda pody w stron obrazu, gdy nagle, tu nad gow, usysza:
– Mog si przysi? Obok siebie zobaczy starego mczyzn z siw kdzierza-
w brod. Na jego twarzy, pooranej wiatrem, son wod i opa- lonej socem, bka si pogodny umiech.
– Prosz! – odpowiedzia. Kogo o tak ekscentrycznym wygldzie zobaczy po
raz pierwszy. – Jestem Pierre – rzek starzec i usiad naprzeciwko. Szeroka czapka z podniesion z przodu, wywinit ku gó-
rze krawdzi zapewne dobrze chronia przed sztormem i wia-
14
15
trem. Gruba, sztywna kurtka skutecznie osaniaa ciao przed zimnem i wilgoci. Spodnie w kolorze biaym, do obcise w kolanach, rozszerzay si w stron pasa. Wysokie i dugie buty z surowej niefarbowanej skóry wydzielay silny zapach.
– Mio pana pozna, Pierre – zagai. I zaraz szczerze kon- tynuowa:
– Pana buty po prostu pachn ryb, czy to moliwe? – S namoczone w rybim tuszczu – zrobiem to, by skór
uodporni na dziaanie morskiej wody. Barman przyniós butelk starej brandy i dwie due szklanki. – Trunek zamówi pana go – doda, patrzc mu w oczy. Gdy barman odszed, Pierre odezwa si pierwszy: – Pozwól, Richard, e co ci opowiem – rzek. Ten otwo-
rzy szeroko oczy ze zdumienia. – Skd znasz moje imi, Pierre? – Posuchaj mnie, prosz. Pierre nala szklanki do pena. – Dawno temu mieszkaa tutaj, w Royan, od wielu pokole,
rodzina rybaków. Dwaj bracia bliniacy zakochali si w Made- leine. Urocza blondynka o niebieskich oczach mieszkaa w s- siedniej wiosce. Nie odstpowali Madeleine, poerajc wzro- kiem kady jej ruch, gest, umiech. wiata poza ni nie widzieli.
Jeden pilnowa drugiego, z obawy, by brat mu jej nie za- bra. Na poów, na targ, zawsze wyruszali razem. Przecigali si w zalotach, dawaniu prezentów. Na zabawach Madeleine ta- czya tylko z nimi, aden amant nawet nie próbowa poprosi j do taca – ze strachu przed bliniakami. Nie tylko jedno- czesna, szalona mio braci do Madeleine rozpalaa ich ser- ca. Z czasem rozgorzaa w nich wzajemna zazdro, obopól-
16
na podejrzliwo i chorobliwa nienawi. Madeleine przez lata przyjmowaa od braci dowody ich mioci, kokietowaa obu, wci nie wybierajc adnego. A oni myleli wycznie o niej. Ich rywalizacji towarzyszya narastajca, nieskrywana wrogo.
Pewnego wieczoru, a byo to na dwa tygodnie przed Boym Narodzeniem, bracia uznali, e czas rozstrzygn spór o Made- leine. Umówili si, by ten, którego poów bdzie tej nocy ob- fitszy, zosta jej mem. Niech rozstrzygn umiejtnoci, los i szczcie. Nikt, kto przyglda si dwóm odziom, granatowej i zielonej, wypywajcym na nocny poów, nie wiedzia o ich postanowieniu. Zawzito odebraa im zdrowy rozsdek, bo tego dnia pozostali rybacy zrezygnowali z poowu z uwagi na nadcigajcy sztorm.
Bracia owili jak zwykle, w niewielkiej odlegoci od siebie, majc drug ód w zasigu wzroku. Wybrali miejsce pooo- ne do blisko ldu, ale niebezpieczne z powodu wysokiego klifu i ukrytych pod wod ska. Tego wieczoru ocean by nie- spokojny. Wysokie fale i wiatr niosy odzie wzdu wybrzea, ku wysunitemu cyplowi, którego skay wystaway zowrogo, mienic si srebrnym ksiycowym wiatem.
Granatowa ód, nie zdywszy umkn ogromnej fali, na- braa duo wody i stopniowo pograa si w odmtach. Prd znosi bezbronn upin ku skaom. Pyncy ni jeden z bra- ci, stojc ju po pas w wodzie, ruszy wpaw. Po czasie, który trwa niemal ca wieczno, dopyn do zielonej odzi swo- jego brata i rkami uchwyci burt. Nie mia ju siy dosta si na pokad. Upyway dugie, niekoczce si chwile, gdy jego rce i palce saby, ciao zamarzao w lodowatej wodzie, a wzrok zacza ogarnia mga.
17
Gdy otworzy oczy, lea przykryty pacht brezentu. Uj- rza pochylonego nad sob brata, który trzyma go mocno za rk. Odzyskawszy wiadomo, uniós si nieco i ponad kra- wdzi burty zobaczy nadbrzene wydmy. Ocean na chwi- l zapomnia o swoim ywiole i pozwoli falom nie ód ku play, gdzie daleko, za cyplem i portem.
Pooy si na dnie odzi i przymkn oczy. Fale monoton- nymi szarpniciami przemieszczay ajb po piasku, wci da- lej i dalej, ku wydmie.
Nazajutrz Madeleine nadaremnie czekaa na swoich adora- torów. Wieci o zdarzeniu, które mogo skoczy si ogromn tragedi, dotary do niej po tygodniu. Dzie za dniem upy- way na czekaniu na co, co nie nastpio nigdy. aden z bra- ci nie przyszed do niej ani nawet nie odwiedzi wsi, w któ- rej mieszkaa.
Tu Pierre przerwa swoje opowiadanie, zwracajc si do niego:
– Richard, ja wiem, e jeste tu nie pierwszy raz i nie przy- jedasz tu przypadkiem. Nieodparta sia powoduje, e cho niewiele wiesz o tej miecinie, wracasz, by patrze na ten obraz. Pewnie domylasz si, e wyblaky napis widniejcy kiedy na burcie granatowej ajby, rozbitej i wyrzuconej na brzeg, to imi Madeleine. To bya ód Roberta. Obie upiny nosiy jej imi.
– Widzisz, Richard, jeste delikatnym i dobrym czowie- kiem, mylc o odzi i imaginujc moliwe wtki dawnej hi- storii, uruchomie pewien cig napi i myli, które mog od- mieni czyj los. mierci twojej ony Françoise ju nic nie od- mieni, nic na to nie poradzisz. Masz jednak co do zrobienia:
18
musisz to wiedzie – twoja córka Sophie idzie ladami Made- leine. Nie stra i jej.
– Pierre, powiedz mi, jak mia na imi brat bliniak, któ- ry uratowa Roberta?
– Obejrzyj obraz Richard, obejrzyj go dobrze – powie- dzia Pierre.
W tym momencie w barze zgaso wiato, a gdy zapalio si ponownie, Richard poczu, e kto lekko szarpie go za ra- mi. Nad sob zobaczy barmana.
– Prosz pana, jest bardzo póno, ju zamykamy. pi pan od godziny, nie chciaem pana budzi, ale ju naprawd pora.
Rzeczywicie, siedzia sam, a w lokalu poza barmanem nie byo nikogo. Zerwa si od stolika i pobieg do obrazu. Byo na nim wszystko to, co ju wczeniej zapamita. Zdj ram ze ciany i spojrza na odwrotn stron. Dostrzeg tam napis:
Mojemu Bratu, Robertowi Besson, na pamitk – Pierre. Royan, 1887.
Richard da barmanowi duy napiwek i poprosi, by ten pozwoli mu poby w barze jeszcze przez chwil. Usiad i wy- bra numer komórki Sophie. Po chwili usysza:
– Papa? Papa? – Sophie, kiedy przyjedziesz? Tskni za tob, musimy
porozmawia! Nie dzwonisz i nie piszesz, wci martwi si o ciebie!
– Jeszcze nie wiem, to zaley. Papa, czy to naprawd co pilnego?
19
– Tak, to dla nas obojga co bardzo, bardzo wanego. Uwierz mi, Sophie!
Uzgodnili, e przyjedzie w sobot, za tydzie. Richard w nocy wróci do Bordeaux. Po przyjedzie szczegóowo prze- gldn wpisy Sophie na Facebooku, Instagramie i Twitterze. Przeczyta mailow korespondencj od niej i SMS-y z ostat- nich miesicy. Doszed do wniosku, e Pierre mia racj. Cze- kao go trudne i delikatne zadanie. Wiedzia, e jako ojciec, mia obowizek je wykona. Nie móg zawie Françoise, sie- bie, a przede wszystkim samej Sophie.
Podsuchane pón noc
23
– pisz? – zapytaa, cho bya pewna, e tak jest w istocie. – Spaem... o co ci chodzi? – usyszaa po duszej chwili. – Jak chcesz, to opowiem ci mój sen. – A jutro nie moesz? – Adam z trudem uchyli nieco po-
wieki. Do oczu, przez niedomknit zason dotar promie wiata z ulicznej latarni.
– Nie, musz teraz, bo mog zapomnie... – powiedziaa wolno, z lekko wyczuwalnym naciskiem.
– Zgoda, opowiadaj, ale nie rozwlekaj, prosz. Rano mu- sz wsta wczeniej ni zwykle.
Co jej przyszo do gowy? pomyla. Cigle mówi, e jest zmczona. I na tak wyglda. Ostatnio pi jak zabita, przez co fizycznie jestemy ze sob coraz rzadziej.
– To byo tak – powiedziaa Dominika – okoo pierwszej nie zeszam jak zwykle na lunch do barku na pitrze, lecz zje- chaam wind na dó i ruszyam w kierunku witokrzyskiej. Gdy minam Czackiego i Mazowieck, zobaczyam stoliki, ustawione bardzo ciasno, zajmujce znaczn cz chodnika. Ten bar pojawi si niedawno, zaraz po oddaniu metra. Wszyst- kie miejsca byy zajte.
Weszam do rodka i lawirujc w tumie goci, znalazam jedno wolne krzeso. Po drugiej stronie siedzia brunet. Bez wtpienia by cudzoziemcem. Wskazyway na to jego rysy,
24
niemal zronite brwi, smaga twarz i dugie wosy sigajce prawie do ramion. Pomylaam, e jest artyst albo pisarzem. Spojrza na mnie z jak dojmujc agodnoci i – nic nie mó- wic – wskaza mi miejsce naprzeciwko.
Skinam gow i usiadam, zakadajc nog na nog. Czyta- am menu z karty, od czasu do czasu zerkajc na niego z trudn do ukrycia ciekawoci. Jego ruchy i wygld cechowaa niedbaa elegancja. Mia pewnie okoo czterdziestki, moe nieco mniej.
– Jestem Rafael – przedstawi si nieoczekiwanie i umiech- n – a ty? – zapyta.
– Dominika – odpowiedziaam zgodnie z prawd, po czym podalimy sobie donie. Moj rk przytrzyma o uamek se- kundy duej ni to si robi zazwyczaj.
Czy chcia tym da co do zrozumienia? – przemkno mi przez gow. Jadam spaghetti po bolosku, a on kontynuowa rozmow. Mówi z obcym akcentem. Wkrótce dowiedziaam si, e jest Hiszpanem, z Sewilli. Od dwóch lat studiuje litera- tur polsk na studiach doktoranckich. Z Uniwersytetu War- szawskiego ma tu blisko, a ten bar i jego klimat bardzo mu si podobaj.
– Czym si zajmujesz? – zapyta. W paru sowach dowiedzia si o mojej pracy w studiu fil-
mowym. O tym, e zajmuj si wieloma rzeczami na raz, od organizacji i marketingu po bezporedni udzia w produkcji. Wydawa si bardzo mn zainteresowany, zadawa mi róne pytania, na które odpowiadaam z przejciem. Powiedziaam mu, e kocham swoj prac, pochania mnie bez reszty. Do tego stopnia, e nie przykadam wielkiej wagi do ycia osobistego. Realizuj jaki jego zwyczajny, pospolity standard.
25
Adam uniós si i energicznym ruchem przesun podu- ch ku plecom óka. Wsparty o nie, siedzc, sucha jej nar- racji. Sen cakowicie go opuci. Nie odzywa si sowem, mil- cza, podczas gdy Dominika relacjonowaa swój sen.
Czas ju nagli, bo zosta mi kwadrans do spotkania ze sce- narzyst. Wstajc, podaam Rafaelowi rk.
– Mio byo Ci pozna! – Mnie równie – powiedzia. – Czy moesz poda mi numer
swojej komórki? Mój jest tutaj – doda, wrczajc wizytówk. – Oczywicie – powiedziaam, a on zapisa go w niewiel-
kim notesiku, który wycign z kieszeni marynarki. – Dominiko, bdziesz tu jutro? – zapyta. – Nie potrafi Ci powiedzie, bo plan dnia zmienia si
u nas co chwila. Wracaam lekko oszoomiona tym spotkaniem. Spóniam
si kilka minut, a ekipa na mój widok wskazaa zegar wiszcy w sali. Myli o Rafaelu musiay ustpi, szykowaa si dysku- sja, nie wtpiam, e bdzie ostra i zawzita jak zwykle.
Cay wieczór miaam przed oczami spotkanie z Rafaelem. Nazajutrz poszam do baru o tej samej godzinie. Rafael pi kaw, czytajc jak gazet.
– Hola, mi cara! Witaj, moja droga! – powiedzia. Od tego dnia spotykalimy si i rozmawialimy ze sob coraz czciej. Czekaam na jego telefon, a gdy trwao to zbyt dugo, byo mi smutno. Rafael wynajmowa mieszkanie w centrum i nalega, bym zobaczya, jak je urzdzi. Wiedziaam, e to w kocu na- stpi. Okazja nadarzya si niebawem, gdy uznaam, e sce- nariusz nowego filmu ma wiele sabych scen. Rafael z ochot zgodzi si nad nim popracowa. Przeczyta go z dnia na dzie
26
i owiadczy, e ma gotowe notatki, które moemy u niego w domu, na gorco, przedyskutowa.
Byo fantastycznie. Mia nowoczesny nieduy apartament. Na ciekawie pomalowanych cianach wisiay hiszpaskie, nie- banalne grafiki. Cay wieczór dyskutowalimy o scenariuszu. Prawie wszystkie jego uwagi byy trafne. Uj mnie swoj in- teligencj, wraliwoci i wiedz. Podczas kolacji syszaam ci- ch muzyk, a gdy zataczylimy, delikatnie mnie pocaowa.
Nasze spotkania staway si coraz dusze. Po trzech mie- sicach, gdy mielimy ju za sob kilka wspólnie spdzonych nocy, jakich nie przeyam nigdy wczeniej, uwiadomiam sobie, e moje dotychczasowe ycie ju nie powróci. Bezgra- niczne zaangaowanie w prac wynikao z faktu, e mczyzna, z którym byam, nie potrafi uruchomi we mnie takich uczu, emocji i radoci, jakie towarzyszyy mi, gdy byam z Rafaelem.
Adam, suchajc snu Dominiki, powoli kojarzy zdarzenia z ostatnich miesicy. Przestaa pyta mnie o moj prac – po- myla. Jasne, agent ubezpieczeniowy, do tego pocztkujcy, co w tym szczególnego. Pani producent ma inne aspiracje. Coraz czciej krcia z ekip ujcia noc – wczeniej zdarza- o si to rzadko. W cigu dnia czsto nie odbieraa od niego pocze, a rozmowy koczya czasem w pó zdania. Nie zgo- dzia si na wakacje na Islandii, które – zafascynowany tam- tejsz przyrod – perfekcyjnie przygotowywa od niemal pó roku, z myl o najbliszym lecie. Intensywna praca bya naj- prostsz wymówk.
Ich wspóycie stao si jakie mechaniczne i – co dziw- ne – postawia mu warunek, by uywa prezerwatywy. Wie-
27
dziaa, e tego nie znosi. I po co od kilku miesicy robia re- gularnie testy ciowe?
– Rafael powiedzia mi... – Dominika chciaa kontynu- owa swój sen, ale przerwaa, widzc, e Adam wsta i poszed do azienki.
Gdy z niej wyszed, mia w rkach swój paszcz kpielowy i torb z kosmetykami. Poszed do garderoby, przemieszcza si po drugim pokoju i kuchni. Przez kilkanacie minut do- chodziy do niej szmery. Leaa na óku i nie odzywaa si. W kocu stan w drzwiach, cakowicie gotowy do wyjcia, w butach, garniturze, paszczu, z parasolem w jednej rce i wa- lizk w drugiej.
– Adam, jest bardzo wczenie – powiedziaa. – Nic nie mó- wie, e jedziesz w delegacj?
Spojrza na ni przenikliwym wzrokiem i cicho powiedzia: – Pienidze, które byem ci winien, zostawiem w kopercie,
w kuchni na stole. Aha, te rzeczy, które zostay, wrzu do po- jemnika na uywan odzie albo zanie do punktu Sue Ryder.
Usyszaa stuk zatrzaskiwanych drzwi, a po chwili odgos windy. Za oknem budzi si wit, a wraz z nim kolejny dzie.
Candice i Pascal
31
Na lotnisko w Zurychu przyjechaa najtasz taksówk Air- port Taxi, na trzy godziny przed wylotem. Na co dzie uni- kaa podróowania taksówkami, które w adnym innym mie- cie na wiecie nie s tak drogie jak w Zurychu. Za kurs z cen- trum zapacia pidziesit franków. Nie byo czego aowa, miasto po poudniu mogo zakorkowa si w jednej chwili. Klaus chcia odprawi j przez internet, ale nie zgodzia si. Tak dawno ju nie lataa, drczy j stres. A jeli co bdzie nie tak? Zdecydowaa si na odpraw na terminalu. Na stanowisku check-in mona zamieni z pracownikami dwa sowa. Moe bdzie miaa jakie pytania?
Na wielkiej tablicy elektronicznej znalaza swój lot, nazw i numer rejsu – planowany start o 12.45. Odpraw do Marsy- lii uruchomiono na dwie godziny przed odlotem. Przyjecha- a wczenie, kolejka bya maa. Poczua si spokojniejsza, gdy transporter zabra du walizk i z boarding pass podya da- lej, cignc za sob oznakowan podrczn walizeczk. Ode- tchna, gdy po odprawie paszportowej i kontroli bezpiecze- stwa moga usi w wolnej strefie – wypi kaw, popijajc j chodn wod. Miaa czas, do odlotu bya jeszcze godzina. Mo- ga by z siebie zadowolona, wszystko poszo gadko. Wiele bagay piszczao podczas przewietlania, tama z pojemnika- mi stawaa, a bramki co chwila wykryway u podrónych ja-
32
kie metale. W strefie duty-free, penej perfumerii, odziey, bi- uterii i zegarków, barów i kawiarni panowa oywiony ruch. Nic si nie zmienio, pomylaa. Ludzi ogarnia tu amok, nie- odparta ch zaoszczdzenia, prowadzca zazwyczaj do nie- potrzebnych i wcale nie tanich zakupów.
Na karcie pokadowej wydrukowano miejsce nr 16A, wej- cie z poczekalni do samolotu przez bramk numer 36. Lubia liczby parzyste, dobry znak – pomylaa. Dotara do wskazanej bramki i rozejrzaa si wokoo. Zobaczya spory tum. Z pew- noci w samolocie nie bdzie wiele wolnych miejsc – pomy- laa. Niecierpliwi pasaerowie stali w kolejce do gate’u, ale wikszo zajmowaa awki.
Samolot EasyJet Switzerland podstawiono pod rkaw, któ- rym przesza wprost do kabiny. Wspópasaer siedzcy od stro- ny korytarza pomóg jej umieci walizeczk w luku nad go- w. Pierwszy raz leciaa tanimi liniami, ale wbrew obawom jej miejsce byo wygodne. Wysaa SMS-a do Klausa: „jestem w samolocie, wszystko ok!” – po czym wczya w komórce tryb „samolot”.
Start nie trwa dugo, samolot szybko osign waciw prdko i ostro wzniós si w gór. Poczua ulg, gdy moga rozpi pas. Siedziaa przy oknie, od wspópasaera oddziela- o j wolne miejsce. Za oknem zobaczya niebieski pas jezio- ra, który zaraz znikn.
Mody mczyzna móg mie nie wicej ni 20 lat. Bru- net, redniego wzrostu, siedzia bez ruchu. Nie robi nic. Jego wzrok bieg gdzie w dal. Zauwaya, e w ogóle nie reagowa na to, co dzieje si w samolocie.
33
Na propozycj stewardesy pokrci odmownie gow. Wy- dawa si nieobecny. Candice przygldaa mu si z uwag. By w lunym szarym swetrze, obcisych dinsach i mokasynach. Mia do ciemn karnacj, szlachetny profil i delikatn opra- w oczu.
– Czy pozwoli pan, e si przedstawi? – powiedziaa po francusku, przeamujc jaki wewntrzny opór. – Mam na imi Candice, rzadkie imi, prawda?
– Mio mi – odpowiedzia. Candice, niezraona, kontynuowaa: – Tak dawno nie leciaam. Mamy z mem will nad jezio-
rem, czujemy si tam wspaniale, ju nas nie pocigaj dalekie podróe. Wolimy spokój, od dziesiciu lat mieszkamy w niej od wczesnej wiosny do pónej jesieni. Jestemy tam samotni, najblisi ssiedzi s do daleko. Pan wybaczy, rzadko mam okazj z kim porozmawia. Musz lecie do Francji. Moja córka Monique mieszka pod Marsyli. Niedawno powanie zachorowaa, jest sama. Jej m, Stephane, przebywa daleko, na kontrakcie w Chile. Pewnie i tak by nie przylecia, s w se- paracji od dwóch lat.
– Przepraszam, a pan mieszka w Marsylii, czy jedzie co tam zaatwi?
– Prosz mi wybaczy, ale nie chc mówi o moich spra- wach, z pewnoci nie s interesujce – odpowiedzia. – Jeli pani chce mówi o sobie, to prosz. Mnie to nie przeszkadza. Sam nie mam rodziny, ale mog posucha.
– Powiem wic co o sobie – odpara nieco skonfundowa- na, ale nie zniechcona sowami nieznajomego.
34
– Kiedy, wiele lat temu, mieszkaam w Lyonie. Byam tam nauczycielk, m, znacznie starszy ode mnie, zmar na- gle. Zostaam z dwiema córkami, Lucette i Monique. Byo mi bardzo ciko. Rodzice mieszkali daleko, w maym miastecz- ku w Bretanii, nie byli w stanie mi pomóc. Wychowywali ro- dzestwo modsze ode mnie. Pracowaam duo, staraam si zapewni dziewczynkom dobre warunki materialne. Jednak miaam dla nich za mao czasu. Gdy wracaam po pracy, zwy- kle póno, nie byam w stanie znale z nimi dobrego kontak- tu. Brakowao im ojca. Samotnej matce ciko jest wychowa dorastajce panny.
Spojrzaa na ssiada, czy sucha jej sów. Skin gow, by kontynuowaa.
– Lucette, starsza o dwa lata od Monique, bardzo szybko chciaa si usamodzielni. Wtedy wydarzyo si co, czego a- uj do dzisiaj. I nie mog sobie wybaczy tego, jak postpiam. Lucette poznaa do przystojnego chopaka, starszego od sie- bie. Pochodzi z mieszanej rodziny, jego ojciec by imigrantem z Afryki Pónocnej, za matka Francuzk. Zakochaa si w Na- sirze. Miaa dopiero 18 lat! Powinna zacz studia, zdoby jaki zawód, by móc pracowa. Kochaam moj pierworodn córk i nie chciaam pozwoli, by rzucia nauk i zmarnowaa sobie ycie. Jej zwizek z Nasirem trwa, mimo e go nie akceptowa- am. Nie pomagay adne sowa i argumenty. Przyszed wresz- cie dzie, którego nigdy nie zapomn. Wieczorem odwiedzi- li mnie oboje. Lucette powiedziaa, e jest w ciy i zapytaa, czy mogliby zamieszka na poddaszu, w dawnym pokoju ojca. Byam wstrznita i w szoku im odmówiam.
35
– Nigdy wicej mnie nie zobaczysz! – krzykna Lucet- te. – Nigdy nie próbuj mnie szuka, ju nie jestem twoj córk!
Patrzyam osupiaa na ni i Nasira, gdy odchodzili przy- tuleni do siebie. Monique bya wiadkiem caej sceny.
– Jak moga?! Jak moga?! – wykrzyczaa do mnie kilka razy i wybuchna strasznym paczem. Nigdy nie otrzsny- my si z tego nieszczcia. Od tego dnia codziennie mylimy o Lucette. Bardzo pragn j zobaczy, tli si we mnie nadzieja, e mi wybaczy, spotkamy si i poznam jej dziecko.
Nieznajomy przyglda jej si z uwag, z pewnoci zasko- czony jej wylewn szczeroci.
Candice zreflektowaa si nieco. Lot samolotem, podró do powanie chorej córki wzmogy w niej niewygase emocje i spotgoway napicie. Moe by w nich take strach przed ko- lejn strat? Ch podzielenia si swoimi przeyciami z obcym czowiekiem bya spontaniczna. Przecie za chwil kade z nas wyjedzie z lotniska i nie zobaczymy si ju nigdy – pomylaa.
Nieznajomy zapyta j niespodziewanie: – Czy po tym zdarzeniu nie miaa pani ju nigdy jakiejkol-
wiek wiadomoci od starszej córki? Oczy zaszy jej zami. – Jeden, jedyny raz. Trzy lata póniej przyszed list – na ko-
percie nie byo adresu nadawcy, a w rodku jedno jedyne zdj- cie. Zawsze mam je ze sob, to ostatnia od niej wiadomo. Jest dla mnie czym najcenniejszym, nadziej, e jeszcze j zobacz.
Otworzya swoj torebk i drcymi rkami wycigna z bocznej kieszonki zdjcie wielkoci pocztówki.
– Jest na nim Lucette, Nasir i mój wnuk Pascal, jego imi jest napisane na odwrocie.
36
Popatrzya na nie i wrczya nieznajomemu, ze wzrusze- nia chowajc twarz w doniach.
Wzi je do rki. Potwierdziy si jego przypuszczenia. Na fotografii zobaczy swoj mam Lucette, ojca i siebie, lepice- go krokodyla z piasku. Pamita to zdjcie.
Nie by w stanie opanowa napicia, które go ogarno. Odda Candice fotografi.
– Prosz pani, tak si skada, e znam Lucette – i doda – oprócz syna ma take córk.
Candice zamara, wpatrujc si w niego z wielkim nate- niem, ale nie zdya go o nic zapyta.
Po chwili namysu mody mczyzna podj decyzj. Wsta i powoli skierowa si w stron toalety. Poszed jednak dalej, ku kabinie pilotów. Odsun zason i wszed do korytarzyka, w którym siedzieli stewardesa i steward.
– Chc pilnie rozmawia z kapitanem, zajmuj miejsce 16C – powiedzia prdko.
– Drzwi s zamknite, zaraz dam panu suchawk – po- wiedziaa dziewczyna.
– Panie kapitanie, jeden z pasaerów chciaby z panem roz- mawia.
– Sucham – powiedzia kapitan. Po chwili rozmowy Pascal wróci na swoje miejsce. Lucet-
te zdya schowa zdjcie, pia sok ze szklanki. Wzruszona, chciaa kontynuowa rozmow, gdy nagle zapaliy si lamp- ki sygnalizacji „zapi pasy” i rozleg si komunikat kapita- na samolotu:
37
– Szanowni pastwo, zbliamy si do strefy silnych tur- bulencji, prosimy wszystkich o natychmiastowe zapicie pa- sów bezpieczestwa.
Obok Pascala przeszed steward, kontrolujc wykona- nie polecenia kapitana. Cz z pasaerów spaa i trzeba byo ich budzi.
Nagle, w tylnej czci samolotu rozleg si straszny krzyk. Pasaer w rednim wieku, siedzcy na miejscu 23C, porao- ny przez stewarda paralizatorem, straci przytomno. Zosta natychmiast skuty kajdankami i rzucony na podog. Zdj- to z niego ubranie, spodnie, koszul. Stewardesa zrobia mu zastrzyk. Zabrano mu komórk, laptopa, wszystkie posiada- ne przedmioty.
Steward podszed do Pascala, który bez oporu da sobie sku rce kajdankami. Zabra mu komórk i cay sprzt elektronicz- ny. W samolocie sycha byo pacz kilkorga maluchów. Do- roli pasaerowie, przypici pasami, milczeli, w napiciu cze- kajc na jakie wyjanienia. Kolejny komunikat kapitana nie napawa optymizmem:
– Pragn pastwa poinformowa, e w zwizku z niewiel- k awari techniczn samolot musi pilnie zawróci i ldowa w Genewie. Prosimy zachowa spokój. Pastwa bezpiecze- stwu nic nie zagraa. Po wyldowaniu zostan pastwo – wraz z bagaami – skierowani do innego samolotu. Prosz pozosta z zapitymi pasami. Przepraszamy za niedogodnoci. Dziku- j za uwag.
Tymczasem wiea kontrolna lotniska w Genewie odebraa komunikat, który postawi na nogi wszystkie suby.
38
„Tu lot numer 6456 Zurych-Marsylia. Zgaszamy zagroe- nie terrorystyczne. W luku bagaowym znajduje si podejrza- ny adunek. Dwaj zamachowcy zostali zakuci w kajdanki. We- dug informacji jednego z nich bomba ma mechanizm czaso- wy, który zadziaa za pitnacie minut, dokadnie o godzinie 13.50. Prosimy o zgod na awaryjne ldowanie na Cointrin oraz wskazanie postoju w martwej strefie, maksymalnie oddalonej od terminala. Mamy dziesi minut lotu do lotniska, prosimy o czyste niebo, ldowanie musi nastpi bezporednio z kie- runku zachodniego, nie mamy czasu na koowanie. Odbiór”.
Po dwóch minutach z hangarów wyjechay karetki, wozy stray poarnej oraz brygada antyterrorystyczna. Na lotni- sku ogoszono alarm. Nie mona byo go unikn, pomimo obaw, e zamachowcy, dowiedziawszy si o akcji, wczeniej podejm prób zdalnego zdetonowania adunku umieszczo- nego w samolocie.
Noc sylwestrowa
41
Godzina 20.30. Warszawa w okowach siarczystego mro- zu. W miecie sypie gsty nieg, niesiony porywistym wia- trem. Mocny akcent na poegnanie Starego Roku. Do pó- nocy pozostay trzy godziny, ale do odjazdu pocigu ze ród- miecia – zaledwie jedna. Uczestnicz w ostatnich przygoto- waniach do sylwestra, w którym sam nie bd bra udziau. Mam siedemnacie lat i do swoich „starych”, wraz z ich to- warzystwem. Znowu zabawa w naszym domu. Nikt rodziców nie musia szczególnie namawia – sami zaproponowali no- woroczn imprez u siebie. Stary Mokotów, due mieszkanie, niedaleko azienki Królewskie i Belweder – chtnych nie bra- kowao. Który to ju raz?
A niania, jak zwykle, biega po kuchni w mieszaninie zapa- chów: barszczu, schabu i ryby. Sernik i fura innych specjaów czekaj ju od wczoraj. Kiedy zjawi si dwadziecia osób d- nych wrae, zabawy i atrakcji, trzeba mie oko na wszystko. Niedopaki, kieliszki, talerze, sztuce lduj w nieoczekiwanych miejscach, sycha dwik pkajcego szka. I toasty – ale... tych nie chc ju wysuchiwa, czas nagli.
Jad przecie pod Bonie, na „sylwka” do Przyjaciela. Robi si póno, czas pdzi na dworzec. Biegn po schodach do góry, mijam kino Moskwa i jestem na Puawskiej, na przystan- ku. Czas ucieka szybko. Nie przyjeda aden tramwaj, nie ma
42
autobusów. Patrz na zegarek – pocig mam za pitnacie mi- nut. Ju wiem, e nie zd. Kiedy docieram na dworzec, elek- tryczny do Sochaczewa dawno ju odszed. Nie wiem, czy cze- ka na nastpny, bo bdzie dopiero za pó godziny. Do dzie- sitej pozosta kwadrans.
Rzecz w tym, e jad tam pierwszy raz, nie znam adre- su, telefonu. Skd miabym zadzwoni, gdy w automacie ja- ki wandal urwa suchawk, a w drugim panuje gucha cisza. Umówilimy si, e kto bdzie na mnie czeka na stacji. Jak zobacz, e nie wysiadam z pocigu, który przyjeda przed dziesit, pomyl, e ju nie przyjad. Na sam myl o po- wrocie na Mokotów przechodz mnie ciarki. A pod Boniem czeka na mnie, przystojnego chopaka z Warszawy, stsknio- na dziewczyna. Hani widziaem wczeniej jeden raz, sympa- tyczna czarnulka, krewna mojego Przyjaciela. Wtedy zaiskrzy- o, wic co, mam j zawie?
Przez gow przebiegaj setki myli. Stoj na peronie, a czas pynie. Pocig wjeda z opónieniem, wsiadam. Jest prawie cakiem pusty. Kto miaby w nim by, skoro od dawna trwa- j huczne zabawy?
Gdy docieram na stacj Pochocin, dochodzi jedenasta. Noc jest wyjtkowo ciemna. Jako jedyny pasaer wysiadam na niezadaszony, otwarty peron, na którym nie ma ywej duszy. Mocny wiatr usiuje zerwa z mojej gowy czapk z daszkiem, silny mróz wdziera si pod kurtk. Czuj, e zamarzaj moje odsonite uszy. Nacieranie nie pomaga. Nie wpadam w pani- k, mimo e nawet nie mam kogo zapyta o drog. Gdyby na- wet kto taki by, to co mam waciwie powiedzie? Nie wiem
43
nic, bez skutku usiuj przypomnie sobie nazwisko Hani, bo to u niej jest zabawa.
Po kilku minutach rozumiem, e nie ma sensu duej sta na peronie, nikt si nie zjawi. Czas rusza – ale dokd? Naj- blisze zabudowania widz na skraju wielkiej, nienej prze- strzeni, nie prowadzi do nich adna droga. Pewnie gdzie jest, przysypana zwaami wieego niegu. Patrz na swojego MIR-a – tylko ksiyc owietla cyferblat, wokó nie ma adnych lamp. Jest ju po jedenastej. Dookoa rozciga si ledwie widoczne w wietle ksiyca bezkresne, niene pole, na którym szalej- cy wiatr utworzy wielkie zaspy. Na horyzoncie stoj oddalo- ne od siebie pojedyncze chaty, przy niektórych rosn drzewa.
Nowy Rok tu, tu. Cay trzs si z zimna, nie mog opa- nowa drenia. Gono szczkaj mi zby. Czarne wyjciowe buty o cienkiej skórzanej podeszwie lizgaj si po peronie skutym grub warstw lodu. Wiatr próbuje mnie z niego ze- pchn, co chwil trac równowag. Id na wprost ku chatom. Brn po niegu powoli, zapadajc si po kolana, niemal po pas. W poowie drogi sysz, e psy, których zajade szczekanie do- cierao do mnie ju wczeniej, s teraz blisko. Czuj si bez- bronny jak nigdy dotd. W rkach trzymam butelk radziec- kiego szampana i nie mam niczego, czym mógbym si broni.
Jestem sam na pustkowiu. Czworonogi zachowuj do mnie niewielki dystans, mam nadziej, e nie odwa si zaatakowa. Jest ich chyba z pi. Zastanawiam si, kto wypuci t wata- h w taki mróz? Niestety, zdaj sobie spraw, e s po prostu bezpaskie. yj z tego, co upoluj, zwdz albo dostan z czy- jej rki. To nie Wigilia, nie pogadam z nimi ludzkim gosem.
44
Przedzieram si przez nieg, proszc niebiosa o ratunek, wiem, e zaraz moe zdarzy si co najgorszego. Gdy w nie- nej zawierusze docieram do pierwszej chaty, psy gdzie znika- j. W oknach ciemno, adnego ladu ycia, cisza, tylko wiatr szaleje po podwórzu. Na stukanie w drzwi i szyby brak odpo- wiedzi. Kieruj si wic do nastpnego domostwa, pooone- go w odlegoci jakich stu kilkudziesiciu metrów. Znów bez powodzenia. Nie ma nikogo, a moe gospodarze boj si otwo- rzy drzwi obcej osobie?
Gdy dochodz do trzeciej chaty, nie mam ju adnej nadziei. Okna ciemne, nie ma adnych oznak obecnoci jej mieszka- ców. Stukam i stukam, odpowiada mi cisza. Desperacko na- ciskam klamk i drzwi, ku mojemu zaskoczeniu, uchylaj si. Wchodz do sieni – nic nie wskazuje, eby kto by w domu. Powoli otwieram drzwi do pokoju i... nie wierz wasnym oczom. Na jego kocu, gdzie daleko pod przeciwleg cian, stoi due óko, na którym na wielkich poduchach pi dwie starsze osoby. Mczyzna gono chrapie, za kobiet ledwo wida spod nacignitej na gow kodry. Panuje chód – piec dawno wygas.
– Przepraszam! – mówi gono, cho zlodowaciaa twarz wykolawia moje sowa.
Brak reakcji, wic mówi jeszcze goniej: – Bardzo Pastwa Przepraszam! Budz si oboje, s nieco przestraszeni, ale chyba bardziej
zdziwieni. Dziadek pyta: – Co pan tu robi? – czego pan szuka? – Pomocy szukam! – odpowiadam gono – zgubiem si. – Cooo?!
45
– Przyjechaem z Warszawy, nie znam drogi, nie wiem, gdzie jest dom dziewczyny, Hani, u której jest zabawa. Od go- dziny bdz po okolicy!
– A ona jak si nazywa? – pyta rozbudzony dziadek, dalej lec z babk pod kodr, zza której wida tylko gowy.
– Nie pamitam – mówi – to koleanka mojego Przyjacie- la... – i w rozpaczy podaj jego nazwisko, widzc w tym ostat- ni desk ratunku.
– To chyba u Majewskich – sysz w odpowiedzi. – Trzeci dom za naszym. Pan idzie, tam si bawi.
Nie mog uwierzy swojemu szczciu. – Dzikuj! – krzycz. – Dobranoc! Gdy wychodzc, zamykam drzwi, ktem oka widz, e dzia-
dek z babk z powrotem nacigaj kodr na gow, ukadajc si na boku do snu – w przeciwne strony.
Szybko mijam dwa najblisze domy i zbliam si do trze- ciego. Okna rozwietlone, sycha gon muzyk. Próbuj zaj- rze do rodka, ale niczego nie widz, bo para i mróz skutecz- nie zasoniy szyby. Stukam par razy w drzwi, wreszcie kto je otwiera.
Powoli wchodz do rodka. wiato i ciepo dosownie po- raaj mi wzrok. Prawie niczego nie widz, ale zauwaam, e na mój widok wszyscy umilkli, zapanowaa zupena konster- nacja. Domylam si, e wygldam jak kto z zawiatów. Lek- ko nieprzytomny id dalej na rodek pokoju. Dobiega do mnie siostra Przyjaciela, Zuzia, woajc:
– Robert, na mio bosk – jak tu dotare?! Czekalimy na peronie, nie byo Ci.
46
Teraz widz Hani, która umiecha si i podchodzi do mnie. Obejmuj j mocno i cauj, po czym wrczam butelk, której jakim cudem nie rozbiem po drodze. Jest wyranie wzruszo- na, z wraenia ma zaczerwienione policzki. Wszyscy krzycz, jeden przez drugiego:
– On zamarz, nalejcie mu, prdko!!! W pokoju sycha duy, stary zegar podogowy osadzony
w dbowej skrzyni. Jego wahado wychyla si cyklicznie – gru- ba wskazówka stoi na tarczy pionowo, a druga zmierza ku niej wawo. Jest za pi dwunasta i zaraz wybije pónoc.
Rozgldam si wokó, szukajc Przyjaciela. – Krzyka nie ma! – mówi Zuzia. – Poszed na sylwestra
gdzie indziej!
List
49
Klucz zgrzytn w zamku, po czym otworzyy si drzwi i stan w nich Piotr Siergiejewicz – wszed do sieni cay ob- sypany niegiem, w kurtce sztywnej od syberyjskiego mrozu, futrzanej czapie, szerokich czarnych spodniach, walonkach, i od razu zawoa:
– Natalia!!! Nataaaszaaa!!! A ty gdzie? Wróciem, mia, przyjd do mnie, natychmiast!
– Czego si drzesz? – odpowiedziaa z kuchni. – Ju id, id, zaraz, zaraz... ziemniaki przebieraam, rce mam brudne!
– Jak ja si za tob stskniem, nawet sobie nie wyobraasz. Godzin brn od stacji po niegu, w kocu jestem. No zobacz, co ci przywiozem!
– No co ty, pomylae o mnie? Kochany, nie byo ci tyl- ko tydzie!
– Kadego dnia mi ciebie brakowao, mój skarbie zoty! Dzie wczeniej przez to jestem!
Pietia zsun z siebie plecak, postawi go na deskach pod- ogi, rozwiza sznurek i wyj tekturowe pudeeczko.
– Masz, trzymaj, to dla ciebie – dajc jej prezent, umiech- n si szeroko:
– No i jak? Podoba ci si? Natasza ostronie otworzya pudeeczko. W rodku by-
sny kamienie nanizane na sznureczku.
50
– Mój ty Boe! Co za cudo! – Caa rozpromieniona zawo- aa z zachwytem – A gdzie ty taki skarb znalaz?
– Wszystko dla ciebie, moja droga, bdziesz wieci jak gwiazda noc na zimowym niebie!
Chwyci j w pó, uniós do góry i zaniós do ssiedniej izby. Tam umieci j na ou. A sam szybko zrzuca z siebie cae ubranie. Natasza powoli rozpinaa serdak, który po chwili rozchyli si i odsoni jej biae nabrzmiae piersi. Wosy rozsy- pane szeroko utworzyy jasn aureol wokó niebieskich oczu, dumnie uniesionych brwi i uchylonych warg czekajcych na pocaunek. Sam goy jak go Pan Bóg stworzy, w okamgnie- niu cign z niej spódnic i reszt tego, co miaa na sobie.
Obcaowywa j ca, ale tak strasznie jej pragn, e nie trwao to dugo. Po chwili, zespoleni, koysali si w oparach namitnoci, zapominajc o caym wiecie.
– Droga, mia, y nie mog bez ciebie – szepta, wdycha- jc ze wszystkich si zapach jej ciaa, napawajc si bezgranicz- nym oddaniem i mioci.
Wyzwoli wreszcie z siebie moce, które od wielu dni nie daway mu spokoju. Drc przez chwil, zleg w kocu obok Nataszy, której piersi wci faloway rytmicznie, wraz z przy- spieszonym oddechem.
– Nala ci wódki? – zapytaa, unoszc si lekko na okciach. – Nie – odpowiedzia. Wanie zastanawia si, skd nagle
powiao w izbie zimnym powietrzem. Zim nigdy nie uchyla- my okien, pomyla – wietrzymy szeroko i zaraz zamykamy.
Dlaczego wraz z tym powiewem czuj zapach jej perfum, przecie nie miaa kiedy ich uy, nie stoj w kuchni. Na co dzie ich nie uywa, zastanowi si. Pod serdakiem nie miaa
51
niczego, a zwykle jest jej zimno i chodzi okutana. I majtki ja- kie cienkie, dlatego spódnica tak lekko z niej zjechaa. Czy mi si zdawao, e miaa zaczerwienione ucho? Co u licha? Zim wredne komary nie lataj, wic skd?
Dalej po izbie lecia chód, wic wsta i poszed zobaczy, skd wieje. Okno byo uchylone – wiato ksiyca rozjania- o srebrzyste pole. Spojrza przez nie i zawoa:
– Natasza!!! Kto u nas by?!!! – Nie, ale skd, wiesz, e mieszkamy na uboczu. Diabe
tu nawet nie zaglda. – Tak? – powiedzia – to podejd do okna! Zadraa, ale zbliya si do niego, jak kaza. – Widzisz to, co ja widz?! Te lady?! Prowadz przez pole
prosto do lasu! Komu, kto wyskoczy przez okno i bieg w stron lasu,
buty gboko zapaday si w zaspy. lady, mimo padajcego niegu, byy wiee.
– Mów mi zaraz, kto tu by?! Bo ci te kaki ze ba wyrw, dziwko jedna!
Pocign j za wosy i pchn na óko. Zda sobie nagle spraw, e jak wchodzi do pokoju, niosc j na rkach, byo niedbale zacielone, a nie równo i dokadnie, jak zawsze.
– Mów natychmiast, inaczej zabij! Zapada duga cisza. Dysza ciko. Dotaro do niej, e wci
czeka na odpowied. – Ja... nie wiem... kto to by... – odpowiedziaa i po chwi-
li dodaa: – Usyszaam stukanie do drzwi. Kiedy zapytaam: „kto
to?”, usyszaam: „listonosz”. „Niech Pan wsunie list pod wy-
52
cieraczk” – powiedziaam, a on na to, e: „trzeba podpisa, bo to polecony, z urzdu”. Co miaam robi? Uchyliam drzwi, a tu jak mi kto nie sypnie niegiem w twarz! Niczego nie wi- dziaam. Chwyci mnie za gow, przewróci na podog i za- wiza oczy. „Zabij ci, jak zdejmiesz chust” – zawoa. Ba- am si. Zacign mnie na óko i zgwaci. Robi to wiele razy. Nie wiem, ile to trwao. Gdy usysza, e kto wchodzi, wysko- czy przez okno i... uciek.
Piotr Siergiejewicz opad ciko na krzeso. – K...a ma! – zawoa na cay gos. – e te, te jeb... poci-
gi zawsze si spóniaj. Miaem by trzy godziny wczeniej! Zapada cisza. Natasza kaa, siedzc na óku, na którym
dosownie przed chwil miaa seks z dwoma mczyznami. Jak mówi rosyjskie przysowie, jak masz w yciu pecha, to nawet ci nie zgwac. A tu dwóch – prawie naraz.
Natasza wcigna na siebie koc i zasna. Piotr Siergieje- wicz chodzi po izbie, tam i z powrotem, bez ustanku. Nie spa do rana. Gdy tylko nasta wit, wyszed z domu. Cay dzie go nie byo, i nastpny. Natasza zacza si martwi. Wróci dru- giego dnia pónym wieczorem. Do kolacji usiad bez sowa. Zjad wszystko, co mu przygotowaa: solank, pielmieni, wy- pi herbat. Nie rozmawiali.
ycie toczyo si dalej. Piotr Siergiejewicz pracowa w fa- bryce Togliatti. Dzie w dzie wczesnym rankiem wyrusza pocigiem do pracy i wraca wieczorem. Powiedzia Nataszy, e wypucili niedawno nowy model iguli. Wszyscy byli dum- ni i na dumie si skoczyo, bo kas zgarniali tylko oligarcho- wie i ze stu dyrektorów. A tacy adami nie jedzili.
53
Miesic po zdarzeniu Natasza odwiedzia Wier, przyjació- k z ssiedniej wsi. Dawno si nie widziay. Rosjanki, a przy- jacióki w szczególnoci, zawsze opowiadaj sobie o tym, co si zdarzyo, z detalami. Kada wie o drugiej wszystko, ba, zna nawet zalety fizyczne jej partnera. Natasza, koczc spotka- nie z Wier, powiedziaa o czym, co umkno jej wczeniej:
– Wiera, po tym wszystkim co si zdarzyo, zabroniam Alioszy przychodzi do mnie. Troch mi al, bo ma wszystko na swoim miejscu i wie, co si z tym robi. Aha, zapomniaam ci powiedzie – tamtego dnia powiedziaam Pietii, e to by li- stonosz. Nic innego nie przyszo mi do gowy.
– Nataszka, to nie moe by!... – A co?! – Jakie trzy tygodnie temu przeczytaam w lokalnych Izwie-
stiach, e ludzie znaleli w lesie listonosza z naszego rejonu. Powiesi si nieszcznik. Tego dnia bya niena zawierucha. Rano go znaleli. Nawet ledztwa nie byo. Wszyscy mówi, e to przez dugi. Troje dzieci cakiem osieroci, bo trzy lata temu zmara mu ona.
Natasza szybko podzikowaa Wierze za spotkanie. Gdy wracaa do domu, krcio jej si w gowie, a w mylach pano- wa zupeny zamt.
Gawda
57
Romek nalea do organizacji harcerskiej w szkole, w któ- rej ju przed drug wojn wiatow istniay tradycje skautin- gu. Wyjazd na obóz by jego pierwszym samodzielnym poby- tem poza domem. Mimo e by dobrze zyty ze swoim zast- pem, ta eskapada wizaa si dla niego z duym przeyciem. Od dwóch lat suy w zastpie zoonym z szeciu chopców.
Od Tadka – zastpowego, Jacka i Romka zaleaa caa at- mosfera i relacje w grupie. To oni wpadali na róne, mniej lub bardziej szalone pomysy. Na obóz, naadowani energi i peni nadziei na fantastyczne przygody, wyjechali pod koniec czerw- ca, zaraz po szkole. Panoway niesamowite upay. ar doskwie- ra w dzie, a w nocy trudno byo zasn.
W Mierzwicach czekay na nich rozbite wczeniej dziesi- cioosobowe namioty. Stay w lesie, nad skarp, nad samym Bugiem. Bya to dzika, zupenie nieuregulowana rzeka. achy piasku przemieszczay si czsto, a silne wiry zmieniay ksztat i gboko dna. Kilkumetrowe dziury pojawiay si znienac- ka w miejscach, w których wczeniej woda sigaa co najwy- ej do ramion.
– Wstawaj, bya pobudka! – Romek poczu, e kto moc- no nim potrzsn. Gdy otworzy oczy, zdy zobaczy Jac- ka, który – ju ubrany w mundur – rozpociera koc na po- cieli swojego óka.
58
– Dziki! – zawoa Romek i szybko stan na równe nogi. Mia zaledwie par chwil, by stawi si w szeregu.
Dzie na obozie rozpoczyna si pobudk, myciem i ape- lem, po którym byo niadanie. Wanie tej nocy temperatu- ra znacznie spada, wic ranna pobudka bya jak dodatkowy kube zimnej wody na wychodzone pod cienkim kocem cia- o. Lekki wiaterek przebiega przez namiot – pachta w wejciu bya ju podniesiona. Pod starymi ciemnozielonymi, bardzo zniszczonymi wojskowymi namiotami stay prycze zrobione z cienkich balików sosnowych.
Caym zastpem pobiegli do Bugu, bo mycie odbywao si w rzece, w wartkim zimnym nurcie. Romek sta z trudem. W wodzie jego stopy zsuway si po piachu zmieszanym z gli- n. Brzeg by mocno nachylony w gb nurtu. Drugiego dnia obozu jedyne mydo, które mia, wylizno mu si w trakcie mycia i wpado do wody. Gdy z trudem je odnalaz, byo ca- kiem zapiaszczone. Kto by my si tak „drapicym” mydem? Od tego dnia uywa do mycia samej wody.
Czwartego dnia Romek by tak zmczony, e poszed spa, nie umywszy nóg. A tu w rodku nocy:
– Pobudka! Wstawa! Kontrola czystoci! By tak zaspany, e dugo nie móg si wybudzi, nie dawa
cign z siebie kodry i w kocu, pópicy, zawoa: – Konstytucja nie pozwala, kady obywatel ma prawo do snu! Kiedy komendant zobaczy jego czarne od brudu stopy,
gruchn miechem, a nastpnego dnia Romek stan do ra- portu przed caym obozem – przed chopcami i dziewczyna- mi. Wymierzono mu jak standardow kar. Ale nie to byo najgorsze. Od tego dnia wszyscy zwracali si do niego: „Ej, ty,
59
konstytucja nie pozwala – stawaj do szeregu!” albo: „Ej, ty, kon- stytucja, znowu ziewasz? – marsz do mycia garów”.
atwo Romkowi nie byo, bo wokó siebie naleao wszyst- ko zrobi samemu. „Dyscyplina” i „rozkaz” stay si sowami, które na dugo szczerze znienawidzi.
– Romek! Poka swoje óko! – rozkaz komendanta nie raz zagrzmia mu nad gow, niezmiennie wywoujc panicz- ny strach. W swoim domu, rano, pdzc spóniony do szkoy, zwykle porzdku nie robi. A tu jeszcze sprawdzali, jak pocie- li óko, czy ma pod nim porzdek i jak sam wyglda. A guzi- ków w mundurze – bez liku. Co za reim, dla jedynaka – dra- mat. Na obozie czas pyn wartko. Byy konkursy, piewanie piosenek, zagadki.
Romek wystpowa niechtnie, mia trem przed publicz- nymi wystpami. I bliej nieokrelone poczucie wasnej war- toci. Jedn z atrakcji obozu byy podchody – zastpy miay za zadanie odnale drog, któr niewidzialna rka wskazywa- a ukrytymi strzakami. Ba, gdyby strzaki byy tylko naryso- wane na ziemi, ale one byy poukrywane wszdzie, nawet na drzewach. Byy o to spory i kótnie. Czci strzaek nie udawa- o si znale, wic trudno byo ustali drog i namierzy jaki specjalnie ukryty przedmiot.
Rywalizacja bya mczca, zganiany po caym dniu stawa do wieczornego apelu, podczas którego skadano meldunki. Komendant obozu ocenia wydarzenia dnia, wyrónia zast- py. Wyznaczano kary i oczywicie nagrody.
Jedzenie byo pode i byo go mao. Niestety, czsto trzeba byo zadowoli si dwiema kromkami podeschnitego chle- ba posmarowanego margaryn i demem. Dla Romka najlep-
60
sz nagrod byby kawa dobrej kiebasy ze wie buk. Ta- kich „nagród” jednak nie byo, zreszt jego zastp wyrónie nie otrzymywa.
Zastpowy Tadek niechtnie sucha rozkazów komendan- ta, na kady temat mia wasne zdanie i przez to stale podpa- da, a wraz z nim cay zastp.
Najwiksz atrakcj obozu by organizowany w jego trakcie trzydniowy rajd. Zastpy ruszay oddzielnie i byy zdane same na siebie. To byo zdobywanie sprawnoci, czyli: wyznacz tra- s, podaj j komendantowi, po drodze „zorganizuj” sobie noc- leg, jedzenie i rób dobre uczynki. Mottem rajdu byo wykaza- nie, e harcerze w trudnych okolicznociach s w stanie pora- dzi sobie sami. Romkowi te trzy dni przeleciay byskawicznie.
Zastp Romka spa w chopskich stodoach. Teren rozpo- znawali z wiey kocielnej w Mielniku, skd rozpociera si widok na pola cignce si wzdu Bugu. Trzeba byo wej na ni po zniszczonych i rozchybotanych drewnianych szczeblach. Kontakty z mieszkacami z reguy byy serdeczne. Harcerze z zastpu starali si zrobi co dobrego. Staruszkom nosili wod ze studni do kuchni, rbali drewno i ukadali w pryzmy. Miej- scowi zacigali gwar nadbuask, e hej. Byli yczliwi, po- zwalali harcerzom przespa si na sianie. Z obaw uprzedzali:
– Chopacy, tylko papierosów nie palcie, bo nam domo- stwo z dymem pucicie.
ar niemiosiernie la si z nieba, a jedzenia i picia w me- nakach stale brakowao. Odlegoci midzy wsiami i mia- steczkami byy spore. Mao ludzi tam mieszkao. Przynajmniej z jabkami problemów nie byo – hop do przydronego ogrodu i gotowe – to nic, e jeszcze mae i okropnie kwane. Ostatni
61
dzie i trasa powrotna daa si caemu zastpowi najbardziej we znaki. Nie byo zabudowa, jedzenia i wody, a pi chcia- o si niemiosiernie. Plecaki uciskay i grzay w plecy, a zawi- nity na nich koc przeszkadza w marszu.
Godni i spragnieni, w koszulach i mundurach przesikni- tych potem, na kilka kilometrów przez Mierzwicami natkn- li si na malutki, zbity z desek domek, w którym mieci si wiejski sklepik. Oprócz korpulentnej sprzedawczyni nie byo w nim prawie niczego. Niczego, co odnowioby ich nadwtlone siy. Do picia byo wycznie miejscowe, lekko sfermentowa- ne, nadbuaskie piwo. Chyba na moment anio stró o nich zapomnia, bo pani ze sklepiku bez problemu piwo harcerzom sprzedaa. Stao i psuo si, by najwyszy czas, by si go po- zby. Kto wtedy zwraca uwag na wiek klienta!
Romek od razu wypi pó litra, tak samo zrobi cay zastp. W kocu wszyscy jak jeden m wypili po dwa piwa na pu- ste odki. Z tego co dziao si póniej – niewiele zapami- tali. wiat im zakoowa, a gowy nie radziy sobie z utrzyma- niem marszu w linii prostej. Zastp, kompletnie pijany, wkro- czy w samo poudnie na teren obozu 40. WDH-y, piewajc „ludow” piosenk chwalc Heimat, czyli ukochan niemiec- k ojczyzn. Gosy – wanie po mutacji – mieli donone, wic „hei-li, hei-la, hei-la” usyszeli wszyscy.
Odprowadzono ich do namiotu. Wieczorem, gdy wytrze- wieli, odby si nad nimi sd obozowy, któremu przewodni- czy komendant. Wiedzielimy o nim, e noc popija trunki w towarzystwie jednej adnej, wysportowanej druhny. Dla za- stpu Romka by bezwzgldny.
62
Zostali ukarani nakazem sprztania caego terenu obozu i obierania ziemniaków przez trzy dni. Wciekli, kroili je pó- niej w kostk, wic po obraniu nie byo czego je. Warunko- wo pozwolono czonkom zastpu zosta na obozie, ale za ka- de nastpne przewinienie grozia im kara natychmiastowego wyrzucenia. Najsurowiej potraktowano zastpowego Tadka, który nie chcia wyrazi skruchy. Komendant podj decyzj o wydaleniu go z obozu i do stolicy niezwocznie wysano te- legram. Nastpnego dnia nasz zastpowy wyjecha do Warsza- wy ze swoj mam. Obóz skoczy si dla niego przedwcze- nie. Oj – od piwa gowa si kiwa. Szczera prawda. Byo nam go al. Próby zmiany decyzji komendanta nie zday si na nic.
Romek dwa razy by na obozie – pierwszy i ostatni. W dru- giej poowie lat 60. XX wieku harcerstwo – jedyna patriotycz- na szkolna organizacja – zaczo „planowo” zamiera. Wadza komunistyczna nie chciaa tolerowa przedwojennych trady- cji i zabraa harcerzom wszelkie dotacje. Za to wsparcie otrzy- ma Zwizek Socjalistycznej Modziey Polskiej. Tak oto po- lityka zabia polski ruch skautowski, który przed wojn by wspania kuni charakterów modych Polaków. Krzewio- na w harcerstwie dyscyplina i mio ojczyzny byy dla wie- lu przesaniem na cae ycie. W szkole na Promienistej dugo nie udawao si zaoy ZSMP – brakowao chtnych. Jak od- notowaa historia, jej uczniowie opierali si reimowi najdu- ej ze wszystkich szkó w Warszawie.
Paryska historia
Cz pierwsza Szed ulic w kierunku ródmiecia, gdy zadzwonia jego
komórka. To Luc Berton. Zatrzyma si i odebra poczenie, mimo haasu wywoanego gwarem rozmów, rónymi odgosami i warkotem silników. Zgiek potgowali kierowcy aut stojcych na zakorkowanej ulicy, walczcy klaksonami o woln drog.
– Cze Luc! I co? – Yves, suchaj, cholernie si ciesz, wszystko zaatwio-
ne, masz u nas anga od padziernika! – usysza uradowa- ny gos Luca.
– Super, dziki przyjacielu – odpowiedzia Yves i po chwi- li doda:
– Spróbuj poszuka lokum, zamierzam przyjecha dwa tygodnie wczeniej. Chc mieszka w dobrych warunkach. Cze Luc, zadzwoni jutro.
Yves ucieszy si z otrzymanej propozycji. To byo co! Z kancelarii w Nantes do Parya! Kiedy dziesi lat wczeniej skoczy prawo na Sorbonie, nie mia adnych szans na pozo- stanie w stolicy. Teraz Luc, kolega z wydziau, z którym studio- wa i razem przygotowywali si do obrony prac dyplomowych, zaproponowa mu wspóprac. Dobrze si zoyo – pomyla. Po ostatniej rozmowie z Céline nie mia ju ochoty snu z ni
66
wspólnych planów. Wyjad i po prostu wszystko si skoczy. Nabiera stopniowo przekonania, e ma pecha do kobiet. Pi lat z Céline to byo a za wiele, by upewni si, e nie jest wa- ciw kandydatk na on i matk. To, e nie miaa pojcia o gotowaniu nic nie znaczyo. Problem tkwi w tym, e prze- jta wasnym awansem w korporacji nie mylaa o dziecku, a jego samego traktowaa gorzej ni kiedy. Jake inne relacje istniay midzy nimi, gdy zaczli mieszka razem. Doszed do wniosku, e Céline, pochonita niemal wycznie prac, stra- cia kobiece ciepo i delikatno – czyli akurat to, co dla niego u kobiety miao i ma najwiksze znaczenie.
Yves wstpi do znajomego baru, by na spokojnie przemy- le now sytuacj. Usiad przy maym stoliku i zamówi kie- liszek szampana. Z teczki wyj Maca. Haso do wi-fi widnia- o na serwetkach. Po chwili na ekranie za pomoc Google zo- baczy plan Parya i wyszuka dokadn lokalizacj kancela- rii Luca. Bya w XIII Dzielnicy, w okolicach metra przy Pla- cu Woskim. Dobra lokalizacja, metrem dojad tam z wielu miejsc w miecie – zauway.
Pijc szampana, Yves zamyli si gboko. Powróciy re- miniscencje z okresu studiów, gdy by z Sophie, a do tego fa- talnego dnia. Kocha j, waciwie tylko z ni czu si szczli- wy. Mój Boe – skonstatowa – od wyjazdu z Parya mino dziesi lat. A od momentu, gdy si rozstalimy i bezpowrot- nie utraciem kontakt z Sophie – niemal dwanacie.
Ciko to przey, wpad w depresj i by bliski przerwania studiów. Wyobrazi sobie, e Sophie dawno uoya sobie y- cie – codziennie odprowadza dzieciaki do szkoy i przedszko- la. Wtedy ona te miaa problemy z egzaminami. Nie wiedzia,
67
gdzie teraz mieszka, czy zdobya dyplom i pracuje w zawodzie, czy te zajmuje si czym zupenie innym.
Yves postanowi wpisa w wyszukiwarce jej imi: S-o-p- h-i-e i nazwisko: M-e-s-s-i-e-r oraz ostatni adres, pod którym mieszkaa z przyjaciók. Ten, gdzie si spotykali. Na ekranie kompa od razu pojawia si informacja, e osoba o tym imieniu i nazwisku prowadzi pod wymienionym adresem pracowni artystyczn. Podano te numer telefonu. Yves nie móg w to uwierzy, ale wszystko si zgadzao.
Decyzj podj od razu. Wstuka numer Sophie i czeka na poczenie, nie wiedzc zupenie, jak poprowadzi rozmo- w. Dwanacie lat bez kontaktu, od czego zacz? – zada so- bie pytanie.
– Halo, sucham – usysza. Od razu rozpozna jej gos. – Halo – powtórzya, a on wci milcza, by w kocu po-
wiedzie: – Sophie, to ty? – Tak, mam na imi Sophie, ale kto mówi? – Yves! – z trudem wyartykuowa wasne imi. Cisza w telefonie trwaa ca wieczno. Wreszcie usysza: – Yves Bédier? To ty? – Tak, to ja Sophie. Wiem, e jest ci trudno tak po prostu
ze mn rozmawia, ale wysuchaj mnie, prosz. Nie widzie- limy si od prawie dwunastu lat. Pragn, by wiedziaa, e przez ten czas wci mylaem o tobie i nadal tak jest. Miaem zawsze nadziej, e jeste szczliwa. Do dzi przeywam fakt, e masz o mnie ze zdanie. Niesusznie zreszt. Droga Sophie, za tydzie przyjad do Parya. Marz o tym, by ciebie zoba- czy, cho przez chwil, nie odmawiaj, prosz!
68
– Dobrze – odpowiedziaa po namyle – adres znasz, kie- dy mam si ciebie spodziewa?
– Przyjad z Nantes w pitek, pónym wieczorem, wic moe spotkajmy si w sobot rano, o pó do jedenastej?
– Yves, twój telefon zupenie mnie zaskoczy, zastanawiam si, czy co si stao?... No dobrze, czekam na ciebie w sobot. Wtedy mi powiesz. Do zobaczenia.
Poczenie zostao zakoczone. Yves zamówi nastpny kieliszek szampana.
Cz druga W sobot w poudnie, jak zwykle na Montmartrze, pano-
wa oywiony ruch i byo gono od gwaru i stukotu pojazdów po brukowanych ulicach. Po godzinnej rozmowie w jej miesz- kaniu Yves i Sophie wyszli z domu. Wspinali si schodami po wskiej, stromej uliczce, w ssiedztwie zielonej winnicy, ku szczytowi wzgórza. Obejmowa j mocno, a zarazem delikat- nie i czule, tak samo jak przed kilkunastoma laty, gdy prze- mierzali te miejsca poczeni pierwsz mioci. Retrospek- cje piknych chwil jak film przewijay mu si przed oczami.
Byli modzi i cay wiat stan przed nimi otworem. Wa- nie rozpoczli studia, gdy los zetkn ich ze sob. W auli usia- da tu obok niego. Poczu lekki zapach perfum i jak szcze- góln, zniewalajc aur. Nie rozmawiali, cho podczas inau- guracyjnego wykadu spoglda na ni wiele razy, gubic co chwil wtki prelekcji. Miaa ciemne oczy, niemal czarne wosy i miao uniesione brwi, co przy jasnej cerze twarzy wygldao ekscytujco. Po wykadzie podszed do niej i przedstawi si:
– Yves. Mam na imi Yves, a ty? – zapyta.
69
– A ja jestem Sophie! Sophie Messier – odpowiedziaa, umiechajc si, a dwa doeczki pojawiy si na jej policzkach.
– Zaczynasz studia prawnicze, tak jak ja, czy jeste dzisiaj na wykadzie z innego powodu? – zapyta.
– Widz, e nie zapamitae mnie ze wstpnych egzami- nów – odpowiedziaa, dodajc – staam tu obok ciebie, gdy wywieszano list przyjtych na studia, zawoae wtedy go- no: „eureka, yes, yes, yes!”.
– Sophie, to niemoliwe, od razu zwrócibym na ciebie uwa- g! – achn si, zdziwiony tym, e wczeniej zdya go za- pamita, podczas gdy on w ogóle jej nie dostrzeg.
– Byam tam i syszaam, jak zawoae, a potem przybili- cie pitki z kdzierzawym blondynem, który sta obok nas.
– Rzeczywicie tak byo – potwierdzi. To by Henry. – Jak mogem Ciebie nie zauway! – powiedzia z wyranym wy- rzutem wobec siebie.
Zamiaa si przekornie: – Yves, wtedy byam blondynk i miaam due, ciemne,
przeciwsoneczne okulary, to chyba wszystko wyjania. A tak w ogóle, to dlaczego zacze ze mn rozmow?
– Wiesz co, mam propozycj, zajcia kocz si o dwunastej. Zjedzmy co razem w jednej z kafejek na Place de la Sorbon- ne! – zaproponowa, unikajc odpowiedzi na zadane pytanie.
Zgodzia si i po zajciach usiedli w Les Patios. Jak na wcze- sn jesie byo ciepo. Gocie kawiarni zdjli paszcze, kurt- ki i swetry. Siedzc w samych koszulach, cieszyli si promie- niami soca.
– To prawdziwy kolor twoich wosów? – zapyta.
70
– Tak, z blondynk to by eksperyment – odpowiedziaa zgodnie z prawd. Nie ujawnia jednak, e wtedy chodzio jej o wywoanie efektu Marilyn. Rozmawiali swobodnie i spra- wiali wraenie dobrych znajomych. Gawdzc podczas lun- chu, sporo dowiedzieli si o sobie.
Mieli po dwadziecia lat i pochodzili ze redniozamonych rodzin spoza Parya. Ojciec Sophie prowadzi duy warsztat samochodowy w Reims. Matka nie pracowaa, zajmowaa si domem i wychowaniem Erica, jej modszego brata. Yves by jedynakiem i wyrós w rodzinie urzdniczej. Ojciec pracowa w merostwie Nantes, za matka w administracji jednego z kom- pleksów biurowych. Ukoczenie studiów prawniczych byo wasnym celem kadego z nich, ale podczas wyboru kierun- ku take ambicje i akceptacja rodzin odegray znaczc rol.
– Masz partnera Sophie? – Yves zada to pytanie niespo- dziewanie, gdy rozmowa toczya si o ich zainteresowaniach i poszukiwali wspólnych pasji.
– Miaam w Reims, ale niedawno rozstalimy si – odpo- wiedziaa. – A ty? Masz dziewczyn?
– Chodziem z dwiema, ale nigdy nie byo to nic powa- nego – odpar. – Widz, e oboje jestemy na tym samym eta- pie samotnoci – doda.
Ich spotkanie potrwao znacznie duej, ni si spodzie- wali. Okazao si, e pasjonuj si jazd na rowerze i eglowa- niem, cho na wod nie wypywaj czsto. On grywa w bry- da, za Sophie uwielbia malowa. Studia artystyczne byyby jej drugim wyborem.
71
– Maluj amatorsko i gdy przyjechaam do Parya, wspól- nie z przyjaciók wynajymy mieszkanie z dobrym wiatem i adnym widokiem.
– W której dzielnicy? – spyta i mocno si zdziwi, gdy od- para:
– W XVIII, przy Rue Girardon, na Montmartrze. Niemal codziennie jestem na Placu Dalida i patrz na jej popiersie. Urokliwe miejsce, szkoda, e nie spotkam ju tam Pabla Pi- cassa, Jeana Gabina, Edgara Degasa, Renoira, czy van Gogha.
– Sta ci? – nie móg opanowa zdziwienia. – We dwie jako dajemy sobie rad, zreszt mieszkanie nie
jest wielkie. Duy pokój suy za kuchni, jadalni, salon i pra- cowni. pimy w sypialni.
Yves gotów by towarzyszy Sophie do koca dnia, ale ona owiadczya:
– Musz ju i, jestem umówiona. – Jeli chcesz, to wybierzemy si gdzie jutro, po zajciach?
– zaproponowa. – Jasne, do jutra, zobaczymy si na wykadach – odpara,
podajc mu rk na poegnanie. Czekajc na rachunek, Yves obserwowa oddalajc si
Sophie. Miaa adne i regularne rysy. Bya szczupa i zgrabna. W dinsach i lekkiej kurtce poruszaa si z wdzikiem. Spodo- baa mu si.
Cz trzecia Po wykadach Yves i Sophie chodzili razem na lunch, a co
kilka dni spdzali ze sob wieczór w kinie lub teatrze. Czasem trafiay im si zaproszenia na jakie okazyjne eventy. Sophie
72
mieszkaa z osiemnastoletni Chantal. Zdarzao si, e Yves przesiadywa u Sophie do póna, trudno im si byo rozsta. Sophie odwzajemniaa jego uczucie. Zbliyli si siebie, reagu- jc podobnie na wszystko, co dziao si wokó. Gdy w grudniu Chantal wyjechaa do rodziców, do Marsylii, kilka dni spdzi- li w mieszkaniu tylko we dwoje. Wtedy doszo do pierwsze- go zblienia. Od tego dnia robili wszystko, by spdza ze sob jak najwicej czasu. Szybko upewnili si, e s idealnie stwo- rzeni dla siebie.
Podczas odwiedzin u Sophie zauway, e przyjacióki - czy pewien stopie zayoci. Zdarzao si, e Chantal dotyka- a j, niby przypadkiem, ale nie móg oprze si wraeniu, e miao to jaki wydwik erotyczny. Sophie nie zwracaa ad- nej uwagi na jej miniekscesy i nie odwzajemniaa ich. W sy- pialni dzieliy due oe maeskie, w którym, jak przypusz- cza, nie dao si cakiem unikn kontaktu fizycznego. Tema- tu relacji Sophie z Chantal nigdy nie porusza. Zreszt nie wi- dzia w tym nic szczególnie nagannego, uznajc, e s zyte ze sob i traktuj si jak siostry. Obrusza si jedynie na myl, e pewnie czasem zasypiaj przytulone do siebie. Wspólokator- ka Sophie bya adn, wysportowan mulatk o karnacji skó- ry przypominajcej mocn opalenizn.
Z biegiem czasu Chantal traktowaa Yves’a z rosnc nie- chci. Pozwalaa sobie, zupenie bez powodu, na zoliwe uwagi pod jego adresem. Mimo sprzeciwów Sophie nie zmie- niaa swojego, nieco agresywnego zachowania wobec Yves’a. Nie mia wtpliwoci, e robi to z zazdroci. Nie ulegao kwe- stii, e jego mio z Sophie, trwajca ponad dwa lata, a szcze-
73
gólnie ich powane plany, to dla niej sytuacja trudna do za- akceptowania.
Którego bardzo upalnego dnia, kiedy Yves przyszed na Montmartre na spotkanie z Sophie, w mieszkaniu zasta tylko Chantal. Sophie zadzwonia, e co jej wypado, proszc, by po- czeka. Nie czu si komfortowo, by zmczony i mia na sobie przepocone ubranie. Zaraz po tym, jak zjad ciasteczka i wypi kaw, któr podaa mu Chantal, poszed wzi prysznic. Kpa si, stojc pod silnym strumieniem. Woda z szamponem do- staa mu si do oczu, wic przez chwil ich nie otwiera. Wte- dy poczu czyj rk dotykajc jego penisa. W kabinie obok niego staa cakiem goa Chantal. Bez najmniejszego skrpo- wania dotykaa go swoimi piersiami, usiujc rk wywoa u niego erekcj. Zaskoczony patrzy na ni przez moment, po czym wyczy prysznic, a nastpnie chwyci mocno za rce i wycign si z kabiny, prowadzc do sypialni. Zada, by si natychmiast ubraa i przestaa gono krzycze. Nie wyko- nywaa jego polece, a tu przed sypialni rzucia si na dywan.
wiadkiem caego zdarzenia bya Sophie, która wanie wesza do mieszkania. Na jej oczach Yves cign do sypialni go Chantal, opierajc si i krzyczc wniebogosy. Na widok Sophie wypuci j z rk, podszed i z wyrzutem powiedzia:
– Sophie, mieszkasz z idiotk, nimfomank i seksoholiczk! Rozebrana wesza bezczelnie do kabiny, kiedy braem prysznic!
Chantal nadal leaa goa na dywanie, trzsc si spazma- tycznie i paczc. Dla Sophie scena midzy Chantal a Yves’em bya oczywista. Staa w szoku. Cho Yves stara si jej wytuma- czy absurdalno caego zajcia, kazaa mu si ubra i wyj.
74
Po tym wydarzeniu Sophie unikaa kontaktu z Yves’em, pomimo e prosi j, by go wysuchaa. Na uczelni przepisaa si do innej grupy, a na wspólnych wykadach siadaa na dru- gim kocu sali. Dla Yves’a rozstanie z Sophie byo ciosem nie do zniesienia, zadanym na dodatek w niewyobraalnych oko- licznociach. Nigdy nie pogodzi si z myl, e Sophie uwaa go za zdrajc i zboczeca. Chantal nie reagowaa na jego wie- lokrotne proby, by nie niszczya ich ycia i powiedziaa przy- jacióce prawd. Sophie dotkliwie przeywaa swoje upokorze- nie. Daa wiar relacji Chantal, z której wynikao, e Yves ro- zebra j wbrew jej woli, si zacign pod prysznic, a potem chcia zgwaci w sypialni.
Do koca studiów Yves nie zbliy si do adnej dziewczy- ny. Nie chcia straci szansy na powrót do Sophie. By przy- gnbiony i zaamany. Po obronie, z dyplomem w rkach wyje- cha z Parya, liczc, e zmiana otoczenia przyniesie mu pew- n ulg. Wróci do rodzinnego Nantes, z wielkim alem do losu. Po aplikacji rozpocz prac w kancelarii adwokackiej w centrum miasta.
Cz czwarta Yves, spacerujc z Sophie w sobotnie, wrzeniowe popou-
dnie, znów, jak przed wieloma laty, poczu si szczliwy. Go- dzinna rozmowa z ni stworzya nadziej na powrót ich daw- nych relacji. Chantal, gdy przed picioma laty wyprowadza- a si z mieszkania, wyznaa Sophie prawd. Zrobia to, chcc uwolni si od psychicznego balastu i nie oczekujc wybaczenia. Widziaa, jak gboko Sophie przeywaa rozstanie z Yves’em. Miaa wiadomo, e swoim kamstwem nie uratowaa resz-
75
tek uczucia, które czyo j z Sophie. Stao si wtedy jasne, e kada z nich inaczej traktowaa dziewczc przyja. Nikt tak gboko jak przyjaciel nie moe zrani drugiego czowieka.
Yves opowiedzia Sophie o swoim yciu w Nantes i nieuda- nym partnerstwie z Céline, którego nawet nie nazwa zwiz- kiem. Sophie wyznaa mu, e nigdy na stae nie zwizaa si z adnym mczyzn. Porzucia studia, powicajc si malar- stwu oraz rzebie. Radzia sobie cakiem dobrze. Jej wernisa- e, organizowane dwa razy w roku w renomowanych salach Parya, cieszyy si popularnoci. Prace Sophie prezentowa- y uznane domy sztuki. Bya artystk z Montmartru, dzielni- cy artystycznej bohemy.
Yves nie musia szuka lokum w Paryu. Propozycja pracy w paryskiej kancelarii stworzya obojgu drug yciow szans, która moga nigdy si nie zdarzy. Po rozstaniu adne z nich nie zaakceptowao innego partnera. Postanowili pielgnowa mio, która przetrwaa, liczc si oczywicie ze wszystkimi, naturalnymi konsekwencjami wspólnej decyzji.
Dwa tygodnie póniej, w pierwszy weekend padziernika, Sophie Messier i Yves Bédier znowu razem, jak kiedy, wito- wali Winne Doynki Montmartre. Ale co tam jesie. Niecier- pliwie czekali na nadejcie wiosny. Maj jest tutaj najpikniejszy.
Wiecie dobrze, co to za miejsce, ale... poczytajcie
79
Pówysep jest unikalny, a ta miejscowo szczególnie. Ile- kro tu jestem, przeywam co trudnego do opisania. Wski pas ziemi wdziera si w morze, symulujc zatok. Czy ten may paseczek ldu mona uzna za trwa ziemsk przegrod? Na pewno nie. Wikszy sztorm potrafi przela si przez pówy- sep – zatoka przestaje wtedy istnie. Czym wic jest? Praw- d czy iluzj?
Pobyt tutaj dla entuzjasty morza jest witem. To nobilita- cja mieszczucha do rangi rybaka, korsarza, pirata, a przynaj- mniej morskiego majtka, który odczuwa tu bezmiar otaczaj- cej go wody. To powrót do siebie, do swoich dawnych przey i uniesie. To ogldanie wiata oczami chopca, w najostrzej- szych barwach modoci i patrzenie na znane miejsca po raz pierwszy. To odkrywanie wszystkiego na nowo i zauroczenie niepowtarzalnym urokiem, take piknem tego, co powsta- o niedawno.
Zapytany czym jest dla mnie to miejsce na pówyspie, od- powiem bez wahania, e wspaniaym dowiadczeniem na dro- dze poznawania pikna. To zapach ciaa Ewy, blondynki z roz- wianymi wosami, o twarzy osmaganej wiatrem i socem. To ksiycowa noc dwóch istot, które na play, w wiklinowym koszu, znalazy bezpieczne schronienie i bez koca zgbia- j smak pierwszych pocaunków. To drenie splecionych rk
80
i ciepo przytulonych gów, tak mie w narastajcym chodzie nadchodzcego poranka. To dotyk pierwszego poznania w po- wiewach wiatru nioscego wszechobecny zoty py. To koysan- ka piewana przez morskie fale, przetaczajce si miarowo po piasku. To szmer wody wród kamieni wyrzuconych na brzeg.
To ostry snop wiata latarni morskiej, cyklicznie i nieuba- ganie omiatajcy noc pla, kosz i t zakochan par tulc si do siebie, tak bardzo pragnc intymnoci. Intymnoci, której nieuchronne przemijanie pooy wkrótce kres. Oboje nie mog o tym wiedzie, wic ciesz si namitnym uniesieniem. Jeli maj w sobie pokady wraliwoci i poczucie wewntrznej har- monii, to rozstanie nie zniszczy uroku tych wspaniaych chwil.
Có, za jedno z nich mog rczy. Co do Ewy – wci nie mam moliwoci, by j o to zapyta.
To miejsce, to wspomnienie dni, gdy nieprzenikniona mga spowija pówysep. Jest wszdzie i poera wszystko. Py- nc, nie umie odróni wody od ldu, zabudowa od samo- chodów, statków od odzi. Niewidoczne postacie ton w g- stym mleku, zlewaj si z drzewami, zarysami domostw. Uli- ce znikaj, a martwe lampy staj si wycznie przeszkodami, z którymi atwo si zderzy.
To syszane na przemian, przejmujce, donone bucz- ki i przecige syreny, które usiuj przebi mg, by wskaza wejcie do portu kutrom i odziom rybackim, zagubionym gdzie w bezkresnej wodnej przestrzeni. To niewyobraalna gsta biel, która zabija wszelk aktywno. Trzeba samemu tego dowiadczy, by zrozumie, jak bezradny jest marynarz wobec cichego ywiou.
81
To naga zmiana, gdy jak za dotkniciem niewidzialnej ródki znikaj biae mirae i znów wieci nienaturalnie ja- skrawe soce. I wida wszystko hen, po sam horyzont, przy niemal bezchmurnym niebie. Jeli wczeniej wydarzya si ja- ka tragedia, nie jestemy w stanie w ni uwierzy, patrzc na radosn przyrod. Ta metamorfoza poraa swoj skal.
Znów jasny, óty piasek play rozpociera si na duej przestrzeni od pasa wydmy ku morzu. Wydm porasta pikny zwarty sosnowy las, czciowo mieszany, z dodatkiem drzew liciastych, paproci i krzewów. Zapach szyszek i igliwia mie- sza si z zapachem morskich wodorostów.
Nieodgadniona aura pówyspu wtapia nas w przyrod, po- zwala gboko oddycha morskim powietrzem, dogbnie prze- nikajc wilgoci nasze ubrania i ciaa. To konstatacja, e pobyt tu przypomina odwracanie kart w ulubionym albumie, które- go kada fotografia przywraca w pamici wspomnienia – zda- rzenia, sytuacje i ludzi, o których nie moemy zapomnie.
To spostrzeenie, e jestem w miejscu nadmorskiego wy- poczynku naszych rodaków w okresie midzywojennym, take mojego ojca. Jako dziecko przyglda si, gdy z portu po stro- nie zatoki rybacy wyruszali na poów. Czasem owiono z nie- wielkich odzi od strony otwartego morza. Sieci, wycignite z morskiej toni, rozpostarte na drgach, i dzi rozsiewaj za- pach ryb, zielonych glonów i ciemnobrzowych wodorostów.
To miejsce odnowy wiary katolickiej, bo gdy pogoda jest zmienna i kapryna, a mczyni owi, ich kobiety modl si gorco. Tylko wiara w Boga pozwala czowiekowi przetrwa i funkcjonowa. Gdy niespodziewany ywio niszczy wszyst- ko – skd ma oczekiwa pomocy?
82
Z wysokiej wiey kocioa Najwitszej Marii Panny, zbu- dowanego z ciemnoczerwonej cegy jeszcze przed drug woj- n, rozlega si dwik dzwonu, docierajc do serc i umysów. Z ambony w ksztacie odzi, stale zalewanej przez wzburzone, spienione fale, pyn sowa otuchy i wiary w Najwyszego. On wskae zagubionym na morzu drog do domu, a ich rodziny natchnie wiar, nadziej i mioci.
Twardzi ludzie tu mieszkaj, roli mczyni i zahartowa- ne, pracowite kobiety. Solidarno nie jest tu pustym sowem, a czym naturalnym i powszechnym. Bywa wród nich i mie przyjació to prawdziwy honor. Mimo upywu lat zachowu- j swoj gwar, bardzo odrbn i rónic si od jzyka ssia- dów. Kaszëbë – to sowo ma swoj magiczn moc. Teraz od- ywa z wielk si, tak jak ludzie, którzy nie dali si wynarodo- wi. Konkel, Selin, Kohnke, Budda i wiele innych rodzin yje tu od setek lat. Wród nich bladolica Gabrysia o wosach bia- ych jak len, wnuczka babci Miller, z mem Stefanem Budd i dziemi, mieszkacy domu przy ulicy Ksidza Sychty.
To miejsce to take przejedajcy pocig, dononie i ostrze- gawczo gwidcy przed kadym przejciem wiodcym przez tory na pla. To gony stukot kó i migajce tu za oknem wagonu rosnce na wydmach drzewa, pomidzy którymi – od czasu do czasu – pojawia si lazurowe morze.
To take nagroda od przyrody dla zbieraczy i mioników sztormowej pogody – kawaki bursztynu wyrzucone na brzeg i gratis zwikszona, naturalna dawka jodu – nie do przecenienia.
To widok od strony zatoki, gdzie woda jest cieplejsza. Ple- ni si w niej nadmiernie glony i wodorosty, których widok utrwaliem na filmie krconym z helikoptera Bell. To male-
83
kie kino eglarz, kapitanat i stary port rybacki, nasycony prze- nikliw woni ryb, sieci rozwieszonych na wietrze, zapachem spalin z diesli, krzykiem mew. Mona std rozpocz podró w daleki wiat.
To nurkowanie z wielozbnym harpunem, obok latarenki stojcej przy wejciu do portu, by z niecnym triumfem wydo- sta tuste, wijce si cielska czarnych wgorzy. To take no- woczesny hotel, powstay na wydmach w miejscu kultowego przedwojennego Domu Zdrojowego i boski smak dorsza z wie- czornego poowu, ze synnej kuchni Wawrzyniaka. Z pewno- ci znacie to miejsce i kochacie je nie mniej ode mnie.
Wigilia
87
Cz pierwsza – Mamo, kiedy tatu przyjedzie? – Marcysiu, tatu jest bardzo, bardzo daleko. Te chciaa-
bym, by by z nami. – Ale mamusiu, za dwa dni jest Wigilia, tata zawsze wr-
cza prezenty od witego Mikoaja! – pij prosz, ju jest póno, a jutro mamy duo pracy. Po-
moesz mamie ubra choink? – Tak, pomog, ale wiesz co? – A co chcesz mi powiedzie? – Musimy obci te najwiksze gazie, eby zmieci si
worek z prezentami! – Dobrze, obetniemy, ale ju pij. Chcesz spa ze sonikiem? – Nie, daj mi osioka, tego maego, ze stajenki, jeszcze z nim
nie zasypiaam. – No dobrze. Masz osioka i pij grzecznie. Marcysia wzia osioka, przytulia go do siebie, uprzedza-
jc przy tym: bd grzeczny, to jutro bdziemy si bawi. Usna niemal natychmiast, wic Matylda zgasia lampk
i wysza z pokoju. W okna uderzay fale deszczu. Od kilku dni pogoda pogbiaa jej przygnbienie i rezygnacj. Czua si bez- silna i pozostawiona sama sobie. Rodzice Maka codziennie dzwonili z Giycka, liczc na jak wiadomo, zawsze pytajc
88
o Marcelin. Matylda moga si domyle, e do niej, do nie- dawna uwielbianej synowej, maj al. Szukaj winnego – po- mylaa. Sami nie umiej wyjani zniknicia syna, wic kto, jeli nie ona, jego ona, moe by przyczyn tego wszystkiego. Bya z nim i nic nie wie, niczego nie zauwaya? – bya pewna, e wini j, tak byo najprociej. O jego trudnej pracy wiedzieli niewiele. Bya przekonana, e nie dopuszczaj myli o porwa- niu, a co dopiero mierci swojego jedynaka.
Matylda zaparzya herbat i usiada w fotelu. Stojca lampa wiecia stonowanym, zielonym wiatem. Kolor nadziei – po- mylaa. Z dnia na dzie tracia wiar. Zdawaa sobie spraw, e Maka nie ma w domu od blisko trzech miesicy. Bya przeko- nana, e gdyby y i nie by wiziony, wysaby jej jaki sygna. Nie umiaa odpowiedzie na wiele pyta: co robia le?; czym zrazia go do siebie?; co z nimi byo nie tak? Nie umiaa zna- le logicznego wyjanienia. Bya pewna, e Maciek kocha j i Marcysi. W roli ma i ojca sprawuje si bez zarzutu. Nigdy nie ugania si za kobietami, naga zdrada wydaa jej si mao prawdopodobna. Kilka sów, które wysa SMS-em, uznaa za jak pomyk albo gupi art. „Mati – rozstajemy si” – i ci- sza. Jego telefon przesta odpowiada, a próby zwykych po- cze, take przez what’s-up, byy nieudane. Znikny wszel- kie lady aktywnoci, a numeru nie mona byo zlokalizowa. Jakby waciciel smartfona rozpyn si w powietrzu. Matyl- da niewiele wiedziaa o jego pracy, dlatego wariant subowe- go konfliktu jako podoa zaginicia Macieja móg by dla niej jedynie przedmiotem czystych spekulacji.
Wiedziaa, e nieobecno Maka na Wigilii bdzie dla Mar- cysi wielkim przeyciem. Bya wiernym fanem swojego taty.
89
Co teraz jej powiem? – zastanawiaa si. Nie moe bez koca oczekiwa powrotu ojca z delegacji. Policja milczy. Niby dzia- aj, bo w sprawie jego zaginicia prowadz ledztwo, ale sdzc po efektach – robi niewiele. W ciemnym tunelu nie zapalio si adne wiateko. Jeli bya to wiadoma ucieczka, to wywie- ranie przez ni presji na policji nie miao sensu. Moe dotkna go pena amnezja, ale musiaby gdzie by, kto by go widzia – rozwaaa. Wracaa mylami do wspólnego niadania, w dniu jego zniknicia. Czule poegna si z Marcysi, z ni równie. Odniosa wraenie, e jest zamylony, jakby nieobecny. Móg mie problemy, o których nie wspomnia. Zabra swoj tecz- k i wyjecha autem do pracy na Pask o ósmej, jak co dzie. Z zasady nie pracowa w domu nad sprawami subowymi.
Cz druga Od dwóch godzin Krystian Zielski, inspektor wydziau kry-
minalnego w warszawskim ródmieciu wertowa akta sprawy Macieja F. Po kolei przeglda wszystkie zebrane dokumenty. W zeszycie robi robocze notatki. W trakcie pracy przedstawia ich szczegóy Damianowi Sikorskiemu – nowemu wspópra- cownikowi, którego nieformalnie uznawa za swojego asystenta.
– Damian, suchaj – to musisz wiedzie: kilkanacie segre- gatorów i kilkadziesit teczek – tyle materiaów udao si zgro- madzi. Ze stacjonarnego komputera zaginionego zrzucono wszystko na trzy zapasowe twarde dyski Western Digital My Book Elite. Produkt niby z Lake Forest California, U.S.A., ale maymi literkami napisano: Product of Thailand, normalne – koszty, koszty i jeszcze raz koszty. Jego firma dziaa w chmu- rze – mamy dostp. Wci brakuje motywów ewentualnego
90
porwania i z tego powodu ukierunkowanie ledztwa nie jest moliwe. Tkwimy w martwym punkcie. Zaginiony Maciej F. pracowa jako programista w firmie Nowy Deal – Oprogramo- wanie i Aplikacje. To dua firma – mia kontakty z wieloma klientami z rónych bran. Wyrónia si wprawdzie ponad- przecitnymi umiejtnociami i ceniono go wysoko, jednak wyeliminowanie go przez konkurencj – jako motyw porwa- nia albo zabójstwa – wydaje si mao prawdopodobne. Bar- dziej skaniam si ku wersji zej relacji z którym klientem. Na przestrzeni ostatnich piciu lat, bo taki horyzont czasowy okrelilimy do przebadania, przygotowa oferty dla ponad dwudziestu korporacji i firm. Byli to zwykle potentaci w swo- ich branach. Obroty niektórych z nich byy liczone w miliar- dach. Nadzorowa wszystkie projekty, bezporednio uczestni- czy w realizacji czci z nich. W jego kompie, w biurku i sza- fach znajdoway si kopie przygotowanych i zoonych ofert. Bya take dokumentacja z dawnych i biecych bada i ana- liz prowadzonych u klientów. Ta cz materiaów i plików odsania istotne szczegóy dziaalnoci firm, którym zoy oferty. Bya niezbdna dla opracowania indywidualnych pro- gramów finansowo-ksigowych, dostosowanych do specyfiki dziaalnoci gospodarczej kadego klienta.
Jedna z hipotez dotyczy porwania z powodu odkrycia przez zaginionego powanych nieprawidowoci finansowych. W celu rozpoznania susznoci tej wersji sekcja przestpstw gospo- darczych, która wspomaga nasz wydzia kryminalny, zaanga- owaa kilku ekspertów. Od dwóch miesicy prowadz anali- zy zebranych danych – jak dotd bez rezultatu. Jest prawdo-
91
podobne, e cz materiaów zostaa usunita bd bezpow- rotnie skasowana.
Wizja lokalna w domu Macieja F. niczego nie wniosa do sprawy. W komputerze stacjonarnym w prywatnej poczcie nie byo adnej subowej korespondencji, w plikach dokumentów równie. W jego biurku znaleziono wycznie osobiste papie- ry, rachunki, umowy zwizane z domem, ubezpieczenia, listy, ksiki, kalendarze z ubiegych lat. Nie znaleziono subowe- go laptopa – feralnego dnia zabra go, jadc do pracy. Po raz ostatni widziano go, gdy wyszed z teczk na lunch, o godzi- nie pierwszej. Zabra go ze sob, bo w pokoju, który zamkn wasn kart, laptopa nie znaleziono.
Damian, zamknicie ledztwa z powodu braku motywu i sprawców nie wchodzi w gr. Znikn pracownik znanej fir- my z kapitaem polsko-amerykaskim. Istnieje wic podejrze- nie przestpstwa na du skal i to o charakterze midzynaro- dowym. Maciej F. pracowa na rzecz korporacji o kapitale za- granicznym. Moe chodzi o kolosalne przestpstwa podatko- we. Licz, e dostrzeesz co, co nam umkno, jaki lad, po- wizania, zdarzenia, które wska nam waciw drog.
Cz trzecia W nocy, w przeddzie Wigilii, Matylda niemal nie zmru-
ya oka. Wstaa o szóstej, gdy jeszcze si nie rozwidnio. Pada- jcy gsty nieg, niesiony wiatrem, wyeksponowany w wietle ulicznych latarni, oznacza wytsknione przyjcie zimy. Przy- roda zamalowywaa na biao wszechobecne dotd kaue i bo- to. Mróz narasta. Bd prawdziwe wita – pomylaa. Mar- cysia si ucieszy, martwia si czy Mikoaj bdzie móg sania-
92
mi dowie prezenty. Fakt braku ojca pooy si cieniem na uroczystym nastroju. Na to nic nie moga poradzi. Przyszo jej na myl, e w taki dzie jak Wigilia mógby zdarzy si cud.
Postawa matki Matyldy bya dla niej zbawieniem. Tylko ona zachowaa spokój. Okazywaa jej teraz realne wsparcie, bez jej pomocy zaamaaby si. Moga do niej dzwoni o ka- dej porze i ze wszystkim. Po mierci ma matka prowadzia normalne, zorganizowane ycie. Marcysia i ona byy teraz dla niej na pierwszym miejscu. Zadzwonia.
– Halo – usyszaa w suchawce. – Mamo, to ja, o której mog si ciebie spodziewa? – Ju zjadam niadanie, zaraz wychodz. Widz, e wci
pada, wic dojad najwczeniej za pó godziny. Jak Marcysia? – pi, a ja powoli zbieram si do pracy. Niczego nie przy-
wo, w domu jest wszystko. Pewnie dojedzie za godzin, zd oczyci ganek ze nie-
gu i lodu – pomylaa. Nie wida pugów i piaskarek. Jak zwy- kle na dalekim przedmieciu stolicy. Matylda wysza na ze- wntrz w czapce i ciepej kurtce, a mimo to odczua przejmu- jcy chód. Uznaa, e to sprawka wiatru. Kilkanacie minut wystarczyo na oczyszczenie chodnika do samej furtki, wyko- nanej z kutego elaza, osadzonej midzy betonowymi supa- mi oboonymi klinkierow ceg.
Kadego ranka sprawdzaa zawarto skrzynki poczto- wej. Od ulicy miaa wski wlot z klapk, za od strony domu drzwiczki zlicowane z betonowym supem, czciowo wykona- ne z perforowanej stali nierdzewnej. Przez dolne otwory prze- wityway kolorowe kartki.
93
– Nawet w tak zawieruch wciskaj ulotki – powiedzia- a sama do siebie, po czym otworzya skrzynk. Rzeczywicie, dostrzega kilka reklam pizzy i sushi, fitness, ale gbiej… ser- ce zadrao jej z niepokoju. Za ulotkami leaa brzowa ko- perta, wykonana z twardego papieru, bez adresata i nadawcy. Odruchowo wyjrzaa na ulic i rozejrzaa si dookoa. Nie zo- baczya nikogo. Na ulicy koa samochodu odcisny w niegu wskie koleiny. Zamkna furtk i przyspieszonym krokiem wrócia do domu.
Po rozciciu grubej koperty zob